Dziennik Gazeta Prawana logo

"Nie miałem pojęcia, co robi Lesiak"

12 października 2007, 13:49
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
"Odtajnienie części akt inwigilacji prawicy to akcja PiS wymierzona w opozycję" - mówi w rozmowie z DZIENNIKIEM Konstanty Miodowicz, były szef kontrwywiadu UOP, obecnie poseł PO.

Anna Wojciechowska: Jak Pan przyjął odtajnione przez ABW dokumenty w sprawie inwigilacji prawicy?

Konstanty Miodowicz*: Nic nowego. Wszystkie informacje, które te dokumenty zawierają, były od kilku lat obecne na polskim rynku medialnym. Zapoznał się z nimi w całości również Sejm, bowiem wszystkie były w dyspozycji komisji ds. służb specjalnych. Przekazał je ówczesny koordynator ds. służb specjalnych Janusz Pałubicki. Dziś nie mamy do czynienia z działaniami rozliczeniowymi. Chodzi o akcję polityczną. Sądzę, że teraz każdym działaniom opozycji będzie towarzyszył ostrzał uruchamiany przez PiS, a dokonywany amunicją czerpaną z zasobów służb specjalnych podporządkowanych obecnemu rządowi.

Naprawdę żadnego wrażenia na Panu nie robią te akta?

Silne wrażenie zrobiły na mnie jedynie wczorajsze enuncjacje Zbigniewa Wassermanna, który przyrównał Lesiaka, postać bardziej operetkową niż budzącą lęk, do zbrodniarzy komunistycznych i oficerów komórek „D IV Departamentu MSW w PRL. Przypomnijmy, że była to struktura odpowiedzialna za porwania i zabójstwa księży. Co więcej, byliśmy o krok od przyrówniania działań Lesiaka do animatorów Holocaustu. To nieporozumienie! Oto w IV RP na sali sądowej odnajdujemy człowieka prowadzącego działania mieszczące się w tzw. białym wywiadzie. Nie odnajdujemy tam zaś oficerów komórek „D, prawdziwych zbrodniarzy, których nikt nie rozlicza, nikt nie ściga, wobec których nie są prowadzone żadne postępowania. W obecnych działaniach nie mamy więc do czynienia z niczym innym jak z akcją polityczną wymierzoną w opozycję.

Odtajnienie dokumentów jest wymierzone w opozycję? Przecież opozycja sama się tego domagała.

Oczywiście. Domagała się jednak pełnego odtajnienia zawartości szafy Lesiaka. I dalej się tego domagamy. Przekręt PiS polega na tym, że z tego zasobu wybiera się i selekcjonuje materiały, które mogą służyć budowaniu zarzutów wobec czynnych dziś polityków opozycyjnych. To są działania adresowane tak naprawdę nie do Lesiaka i jego kompanów, tylko jak słyszymy wobec Jana Rokity.

I Pana. Premier twierdzi, że trudno uwierzyć, by jako ówczesny szef kontrwywiadu nic Pan nie wiedział o działaniach Lesiaka. A nie od dziś wiadomo, że Pana z kolei łączą bliskie kontakty z Rokitą, wtedy szefem URM.

Mam nadzieję, że Jarosław Kaczyński zbyt kategorycznie nie formułuje swoich spekulacji, bo spotkamy się na sali sądowej. Przypomnę, że fundamentalną zasadą służb specjalnych jest tzw. konspiracja wewnętrzna. Stąd często oficer nie wie, co się dzieje w pokoju za ścianą. Nie miałem podstaw, by posiadać dostęp do informacji gromadzonych przez zespół Lesiaka i takimi informacjami nie dysponowałem. Rzeczywistość zaczyna przerastać wyobrażenia premiera. Natomiast idąc rozumowaniem premiera, że Rokita mógłby wiedzieć coś ode mnie, można by równie dobrze przyjąć, że Jarosław Kaczyński dysponował informacjami poufnymi, dostępnymi Lechowi Kaczyńskiemu jako ministrowi sprawiedliwości. Pełniłem swoje obowiązki w administracji uczciwie. Jan Rokita, mimo że darzę go wieloletnią przyjaźnią, nie posiadał ode mnie żadnych poufnych informacji. Zresztą nigdy się ich nie domagał. A przy okazji warto pamiętać, że niechętny mi Zbigniew Siemiątkowski, kiedy w 1997 r. składał zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa w związku ze znaleziskami w szafie Lesiaka, nie znalazł żadnych podstaw do jakichkolwiek podejrzeń wobec mnie. I prokuratura też nie znalazła. Więc ostrożnie z oskarżeniami.

Kaczyński sprawia jednak wrażenie pewnego swoich twierdzeń.

Mamy do czynienia z zuchwałym pomówieniem i nadużyciem przez premiera pełnionej funkcji. Jeżeli Kaczyński posiada jakiekolwiek informacje, to jego obowiązkiem jest złożyć zawiadomienie do prokuratury.

Czyli w 1997 r. po raz pierwszy dowiedział się Pan o inwigilacji prawicy?


O tym, czy inwigilacja prawicy miała w ogóle miejsce, można długo dyskutować.

A ujawnione dokumenty nie przekonują Pana?

Przekonać mnie może całość dokumentów. Obecnie nie mam podstaw materiałowych do tego, żeby wyrobić sobie zdanie o tym, co w 1993 r. się wydarzyło. Jedni mówią, że mieliśmy do czynienia z białym wywiadem, przedstawiciele rządu upierają się przy kwalifikowaniu tego jako twardej inwigilacji. Niech stan faktyczny zostanie ustalony przez sąd. Z materiałami zapoznałem się w 1998 r. jako członek komisji ds. służb specjalnych. A po raz pierwszy dowiedziałem się o tych faktach po zawiadomieniu Siemiątkowskiego w 1997 r. Nie ma w tym zresztą nic dziwnego, bo przypuszczam, że bardzo mało osób poza członkami zespołu Lesiaka wiedziało, czym zajmuje się ten zespół.

Trudno uwierzyć też, że sam Lesiak wszystko wymyślił.

To już inny temat. Są odpowiednie zapisy w dokumentach.



* Konstanty Miodowicz w latach 1990 96 był szefem szefem kontrwywiadu UOP, obecnie jest posłem PO
Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj