"To naprawdę nie jest w porządku! Palacze skracają sobie czas pracy przerwami na dymka, a tym samym ci bez nałogu zasuwają w pocie czoła. Dlatego chcę to zmienić i zaprowadzić
sprawiedliwość" - oburza się posłanka Bublewicz. "Bo palacz, który marnuje co najmniej godzinę dziennie, jest przez to mniej wydajny i naraża pracodawcę na realne straty. A
poza tym to jawna dyskryminacja tych osób, które nie palą" - tłumaczy Bublewicz. I już obiecuje, że zrobi wszystko, by swą propozycję - wydłużenia nałogowcom dnia pracy o jedną
bitą godzinę - wprowadzić do kodeksu pracy.
Tymczasem ani palaczom, ani ekonomistom pomysł posłanki nie przypadł do gustu. "Pracodawcy, owszem, tracą na zatrudnianiu osób palących. Ale bez przesady" - mówi Adam
Ambrozik, ekspert z Konfederacji Pracodawców Polskich. I wylicza: "Zakładając, że palacz wypala w pracy 8-10 papierosów i na każdego traci 10 minut, to dzień jego pracy jest krótszy
o 1-1,5 godziny.
Ale ustawowe rozwiązywanie tego problemu przyniesie więcej szkody niż pożytku. Bo przecież szefowie musieliby kontrolować swoich pracowników. Dokładnie przeliczać, ile czasu spędzili na paleniu: czy godzinę? A może tylko 30 minut? A to dopiero wprowadzi stres i porządnie zmniejszy wydajność" - dodaje specjalista.