Pod koniec lat 80. esbek z Trójmiasta, Jerzy Frączkowski, ukrył w swym gdyńskim domu teczki kluczowych działaczy opozycji z Wybrzeża, m.in. Lecha Wałęsy, Bogdana Borusewicza, Bogdana Lisa oraz Lecha Kaczyńskiego. Wedle zdobytych przez "Wprost" informacji, UOP dowiedział się o tym i w 1993 roku przejął te teczki z zamiarem wykorzystania ich przeciw prawicowej opozycji, będącej wówczas w opozycji do obozu Wałęsy.
By odzyskać teczki, UOP przygotował gigantyczną prowokację, fingując międzynarodową transakcję sprzedaży uranu. Do Frączkowskiego, wówczas współwłaściciela firmy "Atom", zgłosili się podstawiony klient, a następnie niejaki Aleksander Ogrodnik, oferujący sprowadzenie uranu z byłego Związku Sowieckiego. Ale cała "transakcja" była teatrem tak zmontowanym przez UOP, by służby specjalne mogły wejść do mieszkania Frączkowskiego i wykraść teczki.
Śledztwo w sprawie handlu materiałami radioaktywnymi nadzorował obecny szef MSWiA Janusz Kaczmarek, wówczas prokurator rejonowy w Gdyni. "Przyznaję, że padliśmy wtedy ofiarą prowokacji służb specjalnych" - powiedział tygodnikowi "Wprost". "Wszystko wskazuje na to, że sprawa przerzutu uranu była fikcyjna, choć wówczas wydawało mi się, że dowody są mocne".
Operacja skończyła się tym, że po teczkach wszelki ślad zaginął. Tygodnik sugeruje, że część dokumentów i mikrofilmów, szczególnie te dotyczące prezydenta Kaczyńskiego, miała trafić do rąk płk. Jana Lesiaka, który zajmował się inwigilacją prawicy. Materiały zostały dokładnie przejrzane w konspiracyjnym lokalu UOP w Warszawie. Na Kaczyńskiego nie było jednak nic, co można by wykorzystać do jego kompromitacji - pisze "Wprost".
"To był początek budowy UOP. Trudno powiedzieć, kto tę akcję zrobił. Na pewno nie na nasze zalecenie. Służby chciały się prawdopodobnie popisać i coś takiego zrobiono. Natomiast ja tego nie śledziłem" - skomentował rewelacje tygodnika w rozmowie z dziennikiem.pl były prezydent Lech Wałęsa.