ROBERT ZIELIŃSKI: Ujawniliśmy w DZIENNIKU, że aresztowany Andrzej K. pracował dla polskiego wywiadu. Co, według pana, ta informacja oznacza?
MAREK BIERNACKI: To wiadomość naprawdę niepokojąca. I to z kilku powodów. Niestety, ani koordynator do spraw służb specjalnych, ani szef CBA nie przekazali komisji do spraw służb specjalnych
informacji o przeszłości zawodowej tego mężczyzny. Dziś nie wiemy, dlaczego tego nie zrobiono, ale jest to niepokojący sygnał. Jako członkowie komisji przyjęliśmy wyjaśnienia Mariusza
Kamińskiego i Zbigniewa Wassermanna z dużym zaufaniem. Informacje DZIENNIKA podkopują zaufanie do tych panów.
Minister Wassermann oficjalnie tłumaczył, że Centralne Biuro Antykorupcyjne nie wiedziało o pracy Andrzeja K. w polskim wywiadzie.Jeśli faktycznie CBA nic nie
wiedziało o przeszłości Andrzeja K., to stawia to pod znakiem zapytania profesjonalizm tych służb. Przez siedem miesięcy agenci CBA rozpracowywali go - jak twierdził Mariusz
Kamiński - w niezwykle profesjonalnie prowadzonej operacji i nie zdobyli informacji, do których dotarli dziennikarze? Pamiętam, jakich przymiotników obaj ministrowie używali opisując operację
CBA: koronkowa, profesjonalna. Teraz widać, że można postawić wielki znak zapytania. Sprawdzenie osoby rozpracowywanej w bazach danych służb jest podstawową, elementarną czynnością. Jednak
możliwy jest inny scenariusz, równie niepokojący.
Co ma pan na myśli?Że była to całkowicie wirtualna operacja obliczona na wyeliminowanie wicepremiera Andrzeja Leppera. Wiemy, że dokumenty dotyczące odrolnienia gruntu
były sfałszowane. Biznesmeni byli podstawionymi agentami Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Teraz rodzi się podejrzenie, że Andrzej K. był również podstawiony. Jeśli był
funkcjonariuszem działającym pod przykryciem, czyli nielegałem, to cała ta sprawa ma nową perspektywę. To by oznaczało absolutne i absurdalne wręcz przekroczenie dozwolonych prawem granic
prowokacji.
Przyjmując, że CBA nie wiedziało o związkach K. z wywiadem, to sprawa wydaje się groteskowa. Można ją sprowadzić do stwierdzenia, że służby wyłapują ludzi
służb.
Naprawdę nie wiem, którego ze scenariuszy bardziej się bać. Czy tego, w którym Andrzej K., współpracował z CBA, czy tego, w którym rzeczywiście Mariusz Kamiński nie wiedział o
jego związkach z UOP. Po prostu tacy ludzie powinni być stale monitorowani. Brak wiedzy oznacza zaś, że nikt tak naprawdę nie koordynuje działań różnorakich agencji. A one robią co chcą,
nie spełniając swojej podstawowej roli.
Co komisja do spraw służb specjalnych może w takiej sytuacji zrobić?
Wysłuchaliśmy zapewnień ministra Zbigniewa Ziobry, Zbigniewa Wassermana i Mariusza Kamińskiego z ogromną dozą dobrej woli. Teraz zaufanie zostało nadszarpnięte. Musimy poczekać na
posiedzenie sejmowej komisji sprawiedliwości i praw człowieka, która sprawdzi podstawy prawne do rozpoczęcia operacji specjalnej przez CBA. Później we własnym gronie zastanowimy się, co dalej
możemy zrobić.