Dzięki ministrowi Markowi Suskiemu temat Srebrnej nie umiera w mediach. Dlaczego uważa pan, że ona łączy się także z jego zarzutami i pracą w Ministerstwie Środowiska sprzed ponad dziesięciu lat?
Pod koniec rządów PiS, w 2007 r. wybucha, właściwie to nie obawiam się tego tak nazywać, afera z dotacją na odwiert geotermalny dla fundacji Lux Veritatis ojca Tadeusza Rydzyka. Zasady działania Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej przy przyznawaniu dotacji na odwierty badawcze sprowadzają się do tego, że odwiert może zostać wykonany jedynie w miejscu, gdzie wcześniej tego typu badania nie miały miejsca. To się ustala na podstawie informacji z Państwowego Instytutu Geologicznego. W toruńskim przypadku takie odwierty w przeszłości były i nie ma uzasadnienia, aby je ponawiać. Jednak zarząd NFOŚiGW pod kierownictwem Kazimierza Kujdy dotację przyznaje. Pierwotnie ok. 12 mln zł.
Dotacja, czyli mówimy o pieniądzach bezzwrotnych.
Oczywiście, i one są zabezpieczane należytym wykonaniem prac. Po dokonaniu odwiertu i badań inwestor musi się nimi podzielić z PIG. W radzie nadzorczej funduszu pojawiły się jednak wątpliwości i część jej członków nie chciała głosować za dotacją dla Lux Veritatis. Wniosek upadł. Więc minister środowiska Jan Szyszko wymienił część rady nadzorczej NFOŚiGW. Tak udało się zbudować większość dla udzielenia grantu.
Reklama
PiS jednak przegrał wkrótce wybory i mogliście wszystko odkręcić, jeśli doszło do złamania procedur lub prawa.
Po wyborach zostałem wiceministrem środowiska. O sprawie planowanych odwiertów w Toruniu media rozpisywały się od prawie roku. Dostałem od ministra polecenie sprawdzenia tej sprawy, a dodatkowo zostałem przewodniczącym rady nadzorczej NFOŚiGW. Odkryłem wówczas, że już po przegranej przez PiS, a przed powołaniem nowego rządu PO-PSL, umowa jest aneksowana i do 12 mln zł dodane jest jeszcze ok. 15 mln zł. Po weryfikacji, ile wynosi koszt odwiertu, okazuje się, że można go szacować w przybliżeniu na ok. 12 mln zł, więc aneks do umowy nie ma żadnego uzasadnienia. Ówcześni wiceprezesi funduszu składają mi oświadczenie, że aneksowanie było osobistym poleceniem prezesa Kujdy, który przeforsował to przez zarząd. W dokumentach dotyczących sprawy odkrywam, że na umowie z Lux Veritatis i aneksie do niej są odręczne zapiski, zmiany. To znaczy, że została ona zmieniona i mamy skandal, bo powinna znów przejść cały proces zatwierdzania. Do tego nie dochodzi i prezes Kujda ją podpisuje.
Dlaczego wobec takich wątpliwości nie zerwano umowy?
Po analizie wyszło, że nie ma już takiej możliwości. NFOŚiGW miał związane ręce, chociaż fundacja nie przedstawiła obowiązkowego zabezpieczenia do niej i dzięki temu udało nam się ją w końcu wypowiedzieć. Oczywiście decyzja funduszu została przez Lux Veritatis zaskarżona i nie wiem, dlaczego sąd zajmował się tym przez ponad osiem lat. Fundacja opóźniała to postępowanie na wszystkie możliwe sposoby. W ten sposób dochodzimy do 2015 r. PiS wraca do władzy, a razem z nim do NFOŚiGW Kazimierz Kujda. Natychmiast zawiera z fundacją ojca Rydzyka ugodę. Sąd nie bada ugody pod kątem merytorycznym, a strony się umówiły, że nie będzie dotacji, a wypłacone będzie odszkodowanie za to, że Lux Veritatis przez lata nie mógł wykonać odwiertu. Najciekawsze jest w tym wszystkim, że odszkodowanie nie musiało być przeznaczone na badania i odwierty, ale na cokolwiek. Kujda złożył też zawiadomienie do prokuratury i musiałem się spowiadać z wypowiedzenia umowy. Formalnie prokurator nie miał podstaw do wszczęcia postępowania, bo nie wyrządzono szkody Skarbowi Państwa. Byłem raz przesłuchany, więc nie wiem, jaki jest dalszy los tej sprawy. Co ciekawe, dzięki mnie państwo zaoszczędziło 1 mln zł, bo dotacja opiewała na 27 mln zł, a wypłacone odszkodowanie na 26 mln zł. Choćby dlatego warto było to zrobić.
W 2008 r. odwołano Kazimierza Kujdę ze stanowiska prezesa za sprawę Lux Veritatis?
To ja byłem osobą, która wręczyła odwołania prezesowi Kujdzie oraz pozostałym członkom zarządu. Przeprowadzono w tej sprawie kilka kontroli i audyt, które potwierdziły nieprawidłowości.
Jaki to ma związek z zarzutami, jakie ma pan za aferę melioracyjną? Te sprawy się w żaden sposób nie łączą.
Pozornie nie, ale po wybuchu afery ze spółką Srebrna zdałem sobie sprawę, że jako wiceminister środowiska nadzorujący NFOŚiGW uderzyłem w najbliższe otoczenie i najważniejszych ludzi prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego. Kujda był dwukrotnie prezesem Srebrnej, zasiadał w Fundacji Prasowej "Solidarność", która należała do poprzedniczki PiS, czyli Porozumienia Centrum. Ma więc bogatą wiedzę o wszystkich sprawach finansowych związanych z politykami PiS czy wprost z Kaczyńskim. Dzisiaj wiemy o tych sprawach z ujawnionych nagrań i rozmów o planach budowy wieżowca. Nie miałem w 2007 i 2008 r. wiedzy, że NFOŚiGW jest od lat w obszarze szczególnego zainteresowania prezesa PiS. Jak tylko rządziła – mówiąc umownie – postsolidarnościowa prawica, to wszyscy z otoczenia prezesa pakowali się do funduszu. Pierwszy z brzegu przykład to nieżyjący Przemysław Gosiewski, który, gdy nie miał pracy, to trafił do Geotermii Podhalańskiej, a głównym udziałowcem jest tam NFOŚiGW. Kolejny przykład to Bank Ochrony Środowiska, którego akcjonariuszami są m.in. fundusz i Lasy Państwowe. Wiceprezesem banku był ówczesny skarbnik PiS Stanisław Kostrzewski, w przeszłości w zarządzie zasiadał też Piotr Kownacki, późniejszy szef kancelarii prezydenta Lecha Kaczyńskiego.
Czy złożył pan zawiadomienie do prokuratury w związku z tym, co się działo w NFOŚiGW?
Tak, i dotyczyło ono nie tylko funduszu, lecz także BOŚ Banku. Po przegranych wyborach przez PiS nie było wielkich zmian w prokuraturze i nadal byli tam ludzie Zbigniewa Ziobry. Po wypowiedzeniu umowy z Lux Veritatis uznała ona, że czyn nie doszedł do skutku i umorzyła postępowanie. Moim zdaniem doszło tam do przestępstwa przeciwko dokumentom, czyli ręcznego wprowadzania zmian do umowy. Mam na to dowody. Układ ludzi związanych z finansami PiS był ulokowany w NFOŚiGW oraz w BOŚ Banku, to jest dla mnie ewidentne. Kompletnie nie miałem świadomości, że w latach 2007–2008 uderzyłem nie tylko we wpływowego w PiS ojca Rydzyka, lecz także w krwiobieg finansowy tej partii. To nie jest przypadek, że jak Kujda trafił do funduszu, to jego żona była prezesem Srebrnej, a jak był odwoływany, to wracał do spółki na fotel szefa. Moim zdaniem on ciągle czuwał nad tym, co się działo w Srebrnej, bo to zbyt ważny podmiot dla PiS, żeby zaufany człowiek Jarosława Kaczyńskiego mógł to zostawić. Nie jest też przypadkiem, że ustawa lustracyjna z 2006 r. wymienia setki zawodów i instytucji, które podlegają lustracji, a zapomina o NFOŚiGW. Dzisiaj zaś się okazuje, że został zarejestrowany jako tajny współpracownik Służby Bezpieczeństwa. Teraz szukają na mnie haków, stawiane są mi zarzuty, bo wyczyściłem fundusz i bank z ludzi PiS, którzy działali na ich szkodę.
To poważny zarzut wobec prokuratury i CBA, które prowadzą sprawy, w których jest pan podejrzany. Ile w sumie postawiono panu zarzutów?
Mam ich siedem. Jeśli jednak ktoś obserwował pracę śledczych i funkcjonariuszy w mojej sprawie, to widzi, że poszukiwania haków trwały w całej Polsce. Zaczęło się tuż po ponownym dojściu do władzy PiS w 2015 r. Wszystkie zarzuty zaczynają się wykruszać, a z tego, co wiem, prokuratura dalej aktywnie szuka kolejnych spraw na mnie. To wszystko jednak nie obroni się przed niezależnymi sądami.
Jednak to niezależny sąd, na wniosek prokuratury i po przedstawieniu przez nią materiału dowodowego, zdecydował o areszcie tymczasowym dla pana.
Sąd nie podejmował decyzji na podstawie całości materiału dowodowego, ale tego, co mu pokazał prokurator. Prokuratura zaś nie jest w mojej sprawie obiektywna. Jako przykład podam to, że śledczy mieli zdjęcia mojego telefonu, a na nich człowieka, który miał mi wręczyć zegarki jako łapówkę. Tyle że to zdjęcia, na których człowiek ma zegarek na ręku, dwa lata po tym, jak mi rzekomo dał go w formie łapówki. Gdyby prokurator chciał, to zleciłby ekspertyzę i wyjaśnił tę sprawę. Od zajęcia mojego telefonu do aresztu minęło pół roku, w tym czasie prokurator nic z tym nie zrobił, a w sądzie jako uzasadnienie wniosku aresztowego były wykorzystane zegarki jako łapówka. Na podobnej zasadzie jestem gotów obalić każdy z zarzutów. Tym bardziej że ich podstawą są pomówienia działaczy PiS, którzy sami mają zarzuty. Żadnych innych dowodów na mnie nie ma. W mojej sprawie nie chodzi o prawdę, ale o zemstę za NFOŚiGW i BOŚ Bank. Jeden z dziennikarzy powiedział mi, że słyszał już we wrześniu 2016 r. rozmowę działaczy PiS, którzy mówili, że będę siedział. Od jednego z posłów PiS, po debacie w lokalnych mediach, słyszę: "Naszym celem jest, abyś poszedł siedzieć". I na koniec, chociaż może to nie jest najważniejsze, osoba, z którą przebywałem w areszcie – kilka dni wcześniej usłyszała, że będę z nią siedział. Jeszcze zanim Sejm zgodził się na uchylenie mi immunitetu.
Biorąc pod uwagę układ sił w Sejmie, to była formalność.
Tak, ale cela była przygotowana jeszcze przed decyzją sądu o areszcie. Posiedzenie w tej sprawie – zależało na tym prokuraturze – miało miejsce w niedzielę. Wtedy jest sędzia dyżurujący, a nie wyłoniony w drodze losowanie. Dużo jest dziwnych zbiegów okoliczności w tej sprawie. Moja sprawa to efekt uderzenia w Kujdę, ojca Rydzyka czy kuzyna Jarosława Kaczyńskiego, głównego analityka Dyrekcji Generalnej Lasów Państwowych Konrada Tomaszewskiego. On był w Lasach Państwowych takim naddyrektorem i szarą eminencją w resorcie środowiska. Przeze mnie stracił stanowisko w centrali, chociaż w Lasach Państwowych pozostał. Całe rodziny ludzi powiązanych z PiS znajdowały pracę w instytucjach związanych z ochroną środowiska czy finansowanych przez te instytucje, jak choćby szkoła ojca Rydzyka.