Odpowiedzialny za program "Czyste powietrze" resort środowiska chce zażegnać konflikt z Komisją Europejską i nie dopuścić do utraty dofinansowania z funduszy wspólnotowych. Takie ryzyko zawisło nad programem z powodu niezadowalających wyników (15 tys. podpisanych umów na dofinansowanie w ciągu 9 miesięcy) oraz oporu rządu, by zreformować program według wytycznych Brukseli. W minioną środę sprawę opisała "Gazeta Wyborcza".

Punkty sporne są co najmniej dwa. Chodzi o wykluczenie z systemu dystrybucji pomocy samorządów i banków komercyjnych. Dziś wszystkie wnioski obrabiają, a później także rozliczają, pracownicy 16 wojewódzkich funduszy ochrony środowiska (wfoś). Za nowymi obowiązkami nie poszło jednak dodatkowe wsparcie kadrowe, przez co urzędy zasypane w pierwszych miesiącach działania programu tysiącami – często źle wypełnionych – wniosków zaczęły dławić się nadmiarem biurokracji.

O tym, że program się dusi, a taki model dystrybucji pomocy na dłuższą metę nie zda egzaminu, aktywiści z Polskiego Alarmu Smogowego mówili od dawna. Podkreślali, że kilkanaście tysięcy rozpatrzonych wniosków to kropla w morzu potrzeb, bo w planach ministerstwa jest ocieplenie i wymiana źródła ciepła w ponad 4 mln domów. Resort środowiska przekonuje z kolei, że „Czyste powietrze” to już dziś największy program termomodernizacyjny w Polsce, a tempo wypłaty środków – choć jeszcze niesatysfakcjonujące – skoczy lawinowo w przyszłych latach.

Sęk w tym, że UE może zabraknąć cierpliwości. Jak czytamy w liście Marca Lemaitre, dyrektora generalnego KE ds. polityki regionalnej i miejskiej – w razie braku postępów i reform, komisja wycofa się z udzielania wsparcia dla programu. Na szali jest kilka miliardów euro. Los tych pieniędzy może się rozstrzygnąć 4 lipca. Zaplanowano wtedy spotkanie resortu i przedstawicieli KE. Strona polska ma na nim przedstawić plan, jak zamierza zreformować „Czyste powietrze”.

Jedną z kluczowych zmian będzie większe zaangażowanie gmin. Do tej pory ich rola sprowadzała się do udostępnienia lokali, gdzie pracownicy wojewódzkich funduszy jeszcze w zeszłym roku prowadzili szkolenia i promowali program wśród mieszkańców. Od lipca miałby zaś ruszyć fakultatywny pilotaż wśród samorządów, które zgłaszałyby się do współuczestnictwa i wspierałyby fundusze w obsłudze wniosków.

Tyle że gminy, przyjmując na siebie nowe zobowiązania, nie będą mogły liczyć na dodatkowy zastrzyk gotówki dla pracowników czy poszerzenie kadr. Zdaniem wielu samorządowców jest to przerzucenie odpowiedzialności i stawianie ich pod ścianą. – Uczestnictwo w programie jest fakultatywne, ale trudno będzie wytłumaczyć się mieszkańcom, że urząd nie zaangażuje się w dystrybucję wsparcia, bo już teraz ma problemy kadrowe i nie ma jak oddelegować pracowników do zajmowania się setkami nowych wniosków – mówią.

Jak informuje nas resort, do dziś zainteresowanie zgłosiło ponad 500 gmin. Ministerstwo liczy, że ostatecznie będzie ich 700–800. Henryk Kowalczyk zaznacza, że jeżeli współpraca z samorządami wypali, to możliwe będzie uruchomienie dodatkowego wsparcia na obsługę programu. – Ocenimy to po paru miesiącach działania pilotażu – mówi. Podkreśla też, że mieszkańcy tych samorządów, które nie zaangażują się w program, dalej będą mogli ubiegać się o wsparcie na dotychczasowych zasadach.

Kowalczyk: "Czyste powietrze" to nie "500 plus". Tu od pewnej biurokracji nie uciekniemy [CAŁY WYWIAD] >>>

Drugim głośnym postulatem KE jest rozszerzenie systemu dystrybucji o banki komercyjne, czemu polski rząd się sprzeciwia. I to się nie zmieni. Na najbliższym spotkaniu z KE Ministerstwo Środowiska zamierza ponownie przedstawić swoją argumentację, że na włączenie prywatnych podmiotów do dystrybucji publicznych pieniędzy nie pozwalają przepisy prawa zamówień publicznych.

– Rozważaliśmy, by zaangażować w dystrybucję Bank Ochrony Środowiska, ale opinie prawne w tej sprawie są jednoznaczne. Nie możemy przekazać prywatnym podmiotom żadnych publicznych pieniędzy na realizację zadań bez przetargu. Chyba że banki chciałyby zaangażować się w pomoc za darmo, w co jednak trudno mi uwierzyć – mówi DGP minister.

Przedstawiciele KE przekonują z kolei, że zaangażowanie banków (a także innych instytucji, jak np. poczty) to krok w stronę odbiurokratyzowania programu. Chodzi o to, aby był on możliwie najbliżej beneficjenta, który zgłosi potrzebę i otrzyma wsparcie niejako z miejsca, a nie będzie czekał 90 dni jak obecnie.

Nieoficjalnie słyszymy, że to właśnie spór o włączenie banków może okazać się kluczowy dla przyszłości programu. Nasi rozmówcy zarzucają ministerstwu niepotrzebny protekcjonizm względem własnych instytucji, które mają dziś monopol na udzielanie dofinansowania. Podkreślają też, że komisja wyraźnie zaznacza, iż polski rząd nie może zasłaniać się przepisami, bo przy programie zakrojonym na tak dużą skalę konieczne mogą być zmiany legislacyjne, tak by nie blokowały one udzielania wsparcia.