"Mam tego dość"  - pisze na Facebooku Kazimierz Marcinkiewicz. Były premier przypomina, że trzy miesiące temu zrezygnował z "komentowania spraw publicznych". "Zrobiłem to po brutalnym i bezprecedensowym ataku pełnym oszczerstw i poniżania, ataku mojej stalkerki na mnie przy użyciu mediów. Ten chamski atak uniemożliwił mi start w wyborach europejskich, ale więcej spłoszył wszystkich klientów, poniosłem ogromne straty" - tłumaczy. Dlatego teraz chce stać się osobą "stricte prywatną", bo "nie da się żyć ze stalkerką na głowie".

Zapewnia, że rozumie, że musi zapłacić za błędy "popełnione 10 lat temu", ale nie może za nie płacić "całym swoim schodzącym już przecież życiem". Twierdzi, że jego była żona "poniża i szydzi" z niego. Zarzuca też urzędnikom, że stoją po jej stronie. "Po trzech dniach negocjacji nasłała na mnie zbrojną grupę urzędników państwowych, którzy bynajmniej nie jak urzędnicy się zachowywali, albo zachowywali jak urzędnicy PiSowscy" - pisze. Wspomina też, że była partnerka nie chciała z nim zawrzeć ugody, bo "stalker musi gnoić, musi wyżywać się, musi powoli odbierać swojej ofierze życie".

Zapowiada więc, że "zamyka ten etap publicznego życia" i podejmuje "wiele kroków prawnych", by powstrzymać byłą żonę od "życia jego kosztem w jakiejkolwiek formie i zbliżania się w jakiejkolwiek formie".