Robert Mazurek: Panie ministrze…
Artur Balazs: Jaki ministrze, prosty rolnik z wyspy Wolin jestem.

Zdaniem Waldemara Pawlaka nie prosty rolnik, ale latyfundysta.
Mam około 270 hektarów, co nawet nie jest największym gospodarstwem na wyspie! Niczego nie dzierżawię, wszystko jest moje. A Pawlakowi zaproponowałem debatę: weźmy nasze żony ze wsi, sąsiadów i niech oni ocenią, kto jest rolnikiem prawdziwym, a kto chłopem z Marszałkowskiej. Prowadzę gospodarstwo, które może śmiało konkurować z zachodnimi, i dzięki niemu bardzo dobrze żyję.

Żyje pan z rolnictwa czy z polityki?
Nigdy nie byłem posłem zawodowym, nie brałem pensji, żyłem zawsze z rolnictwa. Polityka to pasja.

Szejk arabski - tak pana w wywiadzie radiowym nazwał Michał Karnowski…
A to podlec (śmiech).

Notabene, gdybym się dowiedział, że ma pan jakieś pola naftowe, to bym się nie zdziwił.
Mam tylko pola uprawne na Wolinie. Dlaczego tak źle pan o mnie mówi? Mam nadzieję, że nie przypisuje mi pan nieuczciwości? Może kanapeczkę?

Myśli pan, że się kanapeczką przytkam?
Na to nie liczę (śmiech). Znam pana.

Jest pan na ty z Lepperem? Pytam, bo tylko Miller i Łyżwiński są z nim po imieniu.
Ja również, od zawsze.

A z kim pan nie jest na ty?
Hm, nie wiem…

Z Dornem? On rzadko przechodzi na ty.
Z Ludwikiem Dornem? (śmiech) Jestem, jestem…

Miller, Oleksy?
To dwa podobne przypadki. Obaj zaczęli do mnie mówić ty ni z tego, ni z owego. W nocy Miller wyrzucił z rządu PSL i Jarosława Kalinowskiego. Rano mam telefon: "Cześć Artur, mówi Leszek Miller". "No, cześć Leszek". I w ten sposób przeszliśmy na ty, a Miller zaproponował mi stanowisko ministra rolnictwa. On bardzo nalegał i kazał nawet namawiać mnie prezydentowi Kwaśniewskiemu. "Chyba masz rację, że nie chcesz do niego iść, ale ustalmy, że bardzo cię namawiałem" - powiedział mi po rozmowie ze mną prezydent.

Nie mówi to czegoś o panu? Był pan ministrem u Mazowieckiego, Olszewskiego i Buzka, a Miller proponuje stanowisko panu? Traktują pana jak człowieka do wynajęcia.
Oni chyba każdego tak traktowali, poza tym Miller potrzebował moich ośmiu posłów SKL. Ale nie dałem się zwieść i żadnego stanowiska nie przyjąłem, prawda?

A nie kusiło pana, by wejść do rządu Marcinkiewicza?
Rozmawiałem o tym z Jarosławem Kaczyńskim i powiedziałem mu, że ministrem chyba nie zostaje się za karę.

Jak pan sklejał Kaczyńskich z Lepperem?
Byłem w niezłych kontaktach z Jarosławem Kaczyńskim, bo on był jedynym politykiem, który wspierał mnie w wyjaśnianiu prowokacji służb specjalnych wobec mnie. Prowokację nakręcił Miller po tym, jak odmówiłem mu wejścia do rządu, a Kaczyński obiecał, że mogę na niego w tej sprawie liczyć, że wyjaśni to. Między innymi dlatego w 2005 roku stanąłem przy nich. Po pierwszej turze zastanawialiśmy się, co zrobić, by Lech Kaczyński wygrał, bo sondaże były dla niego niekorzystne. Ja mówiłem, że trzeba sięgnąć po elektorat Leppera, Jarosław bał się, że może to wystraszyć wyborców centrowych. Ale po awanturze z Wehrmachtem sondaże jeszcze bardziej tąpnęły i Tusk miał ogromną przewagę. PiS nie miał już nic do stracenia, więc ruszyłem do Leppera.

Łatwo go było przekonać?
Pomógł w tym sam Tusk, który, gdy tylko pojawiły się spekulacje o naszych rozmowach, bardzo ostro zaatakował Leppera i Samoobronę.

Kiedy poznał pan Leppera?
Na początku jego kariery politycznej. On musiał mieć kogoś spoza Samoobrony, komu mógłby ufać. I mnie zaufał.

Wszyscy panu ufają, a pan o wszystkich, z wyjątkiem Pawlaka, który sam sobie winien, bo pana zahaczył, mówi dobrze.
Bo w polityce zbyt wiele jest agresji, złych emocji, a politycy zamiast szukać tego, co ich łączy, podkreślają, co ich dzieli. A ja już taki jestem, że szukam w ludziach tego, co dobre.

I co dobrego znalazł pan w Aleksandrze Kwaśniewskim?
Kiedy byłem ministrem rolnictwa w rządzie Buzka, uznałem, że urzędowi prezydenta należy się szacunek. Poza tym Aleksander Kwaśniewski bardzo mocno wspierał moje działania przy przygotowaniu obszaru negocjacyjnego z Unią Europejską w sprawie rolnictwa. Spotykałem się z nim w tej sprawie i jego wsparcie było dla mnie niezmiernie ważne.

A kiedy się panowie poznali?
Przy Okrągłym Stole. Oceniałem wtedy, że Kwaśniewski robił wiele, by do porozumienia doszło. Chyba wówczas przeszliśmy na ty, choć bez jakiegoś ceremoniału. Bruderszaftu nie piliśmy. No, a teraz wyjaśnijmy, jak to było z Kossakiem dla niego. Otóż ja uważałem, że skoro prezydent zaprasza na imieniny, to nie wypada odmówić. I jak dowiedziałem się, że ktoś zbiera pieniądze na prezent, to też się dorzuciłem. Później się okazało, że kupiono obraz Kossaka.

Był pan w niezłym towarzystwie: Rywin, Czarzasty, Sobotka, Krauze, szefowie TVP i Orlenu…
Rozumiem, że pan ma jakiś problem i boi się zarazić poglądami od kogoś, z kim się pan koleguje. Ja takiego problemu nie mam. Dla mnie poglądy polityczne nie są zaraźliwe.

Rzecz nie w poglądach. Chodzi o to, że wśród osób składających się na Kossaka było i szemrane towarzystwo.
Nie wiedziałem, kto się składa, nie zajmowałem się tym. Poza tym ja mam szacunek także dla swoich politycznych adwersarzy, a wśród nich najsprawniejszy intelektualnie i organizacyjnie jest Aleksander Kwaśniewski.

Nazwałby go pan uczciwym człowiekiem?
Wie pan, nigdy nie badałem jego uczciwości, ale nie mam powodów, by mówić o nim jak o hohsztaplerze, przestępcy czy człowieku nieuczciwym.

Nie zdziwiło pana, że był pan jedynym ministrem Buzka zaproszonym na imieniny Kwaśniewskiego?
Koledzy mieli nawet o to do mnie pretensje.

Skąd się bierze ta sympatia lewicy do pana?
Nie zdarzyło się, bym odmówił pomocy komukolwiek, bez względu na to, kim był i skąd przychodził. Taką zasadę stosuję w życiu, ale i w polityce. Jeśli komuś coś tam dolegało i mogłem mu pomóc, to nie miałem wątpliwości, czy warto to robić. Ale podejrzewanie na podstawie tego, że mógłbym się związać z inicjatywą Kwaśniewskiego, jest śmieszne!

Dlaczego? Utrzymywał pan z nim dobre kontakty, bronił pan go po wywiadzie dla "Vanity Fair"…
Nie!

Tak. Długo pan tłumaczył, że to w emocjach, że źle zrozumiano…
Powiedziałem wyraźnie, że to był błąd, jeden z poważniejszych, jakie popełnił. I musiało to być w emocjach, bo człowiek tak kuty na cztery nogi nie mógłby inaczej czegoś takiego powiedzieć. Ale ja go nie tłumaczę tymi emocjami, tylko staram się zrozumieć.

To niech pan pomoże mi zrozumieć, dlaczego wszyscy lubią Artura Balazsa?
Wszyscy? Donald Tusk mnie nie lubi, bo uważa, że przegrał przeze mnie wybory prezydenckie (śmiech).

Bardzo to pana bawi.
Bardzo.

Pański wieloletni kolega partyjny sympatię do pana tłumaczy inaczej. Mówi, że: "Artura wszyscy lubią, bo on nie ma poglądów. Ma interesy".
Gdybym nie miał poglądów, byłoby mi wszystko jedno, czy znajdę się w towarzystwie LiD-u i Aleksandra Kwaśniewskiego, czy w towarzystwie PiS-u i Jarosława Kaczyńskiego. Tych, którzy tak mówią, odsyłam do mojego życiorysu. Rok siedziałem w więzieniu, bardzo konsekwentnie działałem w podziemiu i zgłaszanie wątpliwości, w jakim mieszczę się obozie, jest nie w porządku. Moje miejsce jest i zawsze było po prawej stronie.

Zawsze? Należał pan do PZPR.
Od połowy lat 70. do 1981 roku. Chciałem coś zrobić dla wsi, a wtedy, by to osiągnąć, trzeba było się zapisać.

To się nazywa oportunizm.
Tak, ale ja nie wierzyłem, że coś się w Polsce może zmienić, że może być jakaś opozycja. Po Sierpniu zaangażowałem się ze wszystkich sił, byłem we władzach rolniczej "Solidarności". Przesiedziałem rok w internacie i uważałem wtedy, że muszę płacić tę cenę za to, że dałem się uwieść PZPR-owi.

Podobno buduje pan przystań dla uciekinierów z PO?
Pierwsze słyszę.

A czym ma być reaktywowane Stronnictwo Konserwatywno-Ludowe, partia, gdzie byli ludzie, którzy już z PO odeszli, jak Rokita i Płażyński, oraz tacy, którzy w Platformie jeszcze są?
Gdyby tacy ludzie jak Jan Rokita czy Maciej Płażyński chcieli wstąpić do SKL, to miałbym z tego powodu satysfakcję i poczucie, że jest z kogo wybierać lidera partii, bo wtedy nie aspirowałbym do takiej roli. Ale powód reaktywowania SKL jest bardziej prozaiczny. Środowisko konserwatywno-ludowe związane niegdyś z tą partią nie znalazło swojej przystani politycznej. Sześć lat temu uznano w PO, że dla takich ludzi nie tam miejsca, i część działaczy Stronnictwa nie związała się z żadną partią, trwała towarzysko przy mnie, a ja byłem zachęcany, by umożliwić im powrót do formuły SKL-u.

W 2001 roku startowaliście z ich list, ale kilka osób z panem na czele nie weszło do klubu PO.
Najpierw zostało zawarte porozumienie między SKL a tworzącą się PO. Potem były niesnaski związane z prawyborami, które działacze Stronnictwa wygrywali, ale byli zdejmowani z pierwszych miejsc. Mimo to nie reagowaliśmy, bo wspólny projekt polityczny jest ważniejszy niż ambicje.

To o co poszło?
Po wyborach Jan Rokita, będąc szefem SKL, został członkiem władz PO, nie zapewniając syntezy tych środowisk. Wszedł na drzewo i wciągnął za sobą drabinę, a swoje wojsko zostawił pod nim. Później jego koncepcja całkowicie przegrała na kongresie SKL-u, ale my zostaliśmy na lodzie, więc w 2003 roku zlikwidowałem partię.

Ma pan żal do Rokity?
Trochę tak, choć on później próbował wciągnąć nas do PO, jednak Tusk zablokował byłym członkom SKL możliwość kandydowania w wyborach, więc do niczego nie doszło. W ten sposób uniemożliwiono powstanie dużej formacji konserwatywno-ludowej.

Jedni twierdzą, że taką partią jest PO, inni, że PiS. Czyli partie są, ale panu żal, że to nie wy ją stworzyliście.
Platforma jest partią liberalną, a z Jarosławem Kaczyńskim znamy się od lat, często byliśmy w różnych miejscach w polityce, ale ufamy sobie. Od dwóch lat współpracujemy bliżej i stąd wzięła się jego oferta startu ludzi SKL-u z list PiS-u.

Ale pan osobiście jej nie przyjął.
Ja dwa lata temu wziąłem definitywny rozwód z parlamentem i postanowiłem nie kandydować. Mnie status osoby z boku odpowiada i nie widzę powodów, bym miał go zmieniać, ale moich przyjaciół w ich walce o mandaty będę wspierał.

Chce pan być w polityce jedną nogą. Po co ten cały SKL, skoro lider nie kandyduje?
Bo tu nie jest najważniejszy Balazs, ale środowisko, którego korzenie sięgają jeszcze chłopskiej "Solidarności". Chciałbym, by znalazło ono swoje miejsce, było traktowane jak partner, stało się ważnym segmentem szerszej formacji.

Wiejską odnogą PiS-u?
Niczego nie przesądzam, ale czas partii klasowych się skończył, dlatego chcemy połączyć siły. Jesteśmy też przekonani, że bez środowiska wiejskiego, bez oferty dla rolnictwa i polskiej prowincji, żadna z partii nie wygra wyborów. I główny problem PO dziś to brak takiej oferty. Opowiem panu historię. Środowisko SKL żywiło naturalną sympatię do Platformy i kiedy widzieli moje zbliżenie do PiS, to trochę szemrali. Powiedziałem więc, by zgłosili się do PO, mówiąc, że nie ma problemu Balazsa, który nigdzie nie kandyduje, ale że oni chcą współpracować. Wrócili ze spuszczonymi głowami, bo ich tam nie chcieli. Mam wrażenie, że Platforma po raz drugi za to zapłaci, bo wydaje mi się, że tych wyborów nie wygra.

Mają zaprzyjaźnione PSL.
To partia samodzielna i nie mam żadnej wątpliwości, że jeśli PiS wygra wybory i zaproponuje PSL koalicję, to oni z wielką przyjemnością taką propozycję przyjmą i środowisko wiejskie odpłynie od Platformy.

Wróćmy do was. Jeśli startujecie z list PiS, to czemu po prostu nie wstąpicie do tej partii?
Bo nie chcę przesądzać, jaki model powinno wybrać SKL - czy to powinna być wewnętrzna frakcja w partii, czy taka formuła jak CDU/CSU.

Czy też szalupy dla przyszłych uciekinierów z PO.
(cisza)

Uśmiecha się pan pewnie tylko z sympatii, a nie dlatego, że to prawda?
Po prostu się zastanawiam.

I do jakich wniosków pan dochodzi?
Jeżeli Platforma przegra wybory, to nie ostanie się w dzisiejszej formule i jej bardziej konserwatywna część będzie szukała swego miejsca. I to oni zdecydują, dokąd pójdą: może wybiorą wielką PiS, może małe SKL, może stworzą inną siłę? Nie wiem, ale będzie wybór.

Bo do POPiS-u nie dojdzie?
W polityce nigdy nie należy mówić nigdy, ale to byłoby bardzo trudne, prawie niemożliwe. I mówię to z perspektywy człowieka, który dwa lata temu bardzo zabiegał, by do takiej koalicji doszło.

Jeśli PO wygra, zostaje więc PO - LiD?
Dla Platformy powstanie koalicji Lewica i Demokraci to błogosławieństwo, bo dzięki obecności tam Demokratów.pl będzie łatwiej doprowadzić do sojuszu PO - LiD niż do koalicji Platformy z samym tylko SLD. Gdyby więc Platforma wygrała, to naturalnym scenariuszem jest jej koalicja z LiD-em. Tylko że to też spowodowaoby ruch wewnątrz PO. Choć słyszę, że z list Platformy wycięto ludzi, którzy mogli być zagrożeniem dla koalicji z LiD-em, to jednak nie wszystkich i bardziej konserwatywna część działaczy PO odmówi takiej współpracy. Oni będą szukali dla siebie miejsca gdzie indziej.

Tak czy owak Platforma się rozpadnie i tak czy owak ratunkiem dla rozłamowców będzie Artur Balazs?
(śmiech) Utrzymuję dobre kontakty z częścią działaczy PO, którzy rysują przede mną takie scenariusze. Nie jestem łatwym partnerem, rozmawiam z każdym, ale gdy przychodzi do podejmowania decyzji, to nie da się mnie oszukać, ograć, zaszantażować.

Balazsa ograć? Taki się chyba jeszcze nie urodził?
Miałem takie chwile w życiu, że się poważnie na kimś zawiodłem.

Mówił pan o Rokicie. Na kim jeszcze?
Zostańmy przy Rokicie. Moim zdaniem on popełnił ogromny błąd, wchodząc bez SKL-u do Platformy. Mógłby być dziś szefem najpoważniejszej partii w Polsce, ale rozmienił się na drobne i przegrał.

Wróci?
Na pewno.

Uśmiecha się pan. Pan coś wie?
To trzeba Janka pytać. Sądzę, że jego drogi z PO definitywnie się rozeszły.

A po wyborach co? PiS? Trzecia partia?
Sądzę, że będzie szukał własnej, odrębnej drogi politycznej.

Pan ma węgierskie korzenie?
Dziadek był rotmistrzem huzarów i kiedy stacjonował pod Lwowem, poznał moją babkę. Wyjechali do Siedmiogrodu i ojciec urodził się na Węgrzech. Dopiero w 1924 roku wrócili do podlwowskiego powiatu Jaworów i przyjęli polskie obywatelstwo.

Została panu jakaś rodzina na Węgrzech?
Prawie cała tamta część rodziny po 1956 roku wyjechała do USA. Z nimi utrzymujemy kontakt. Z Węgrami wiąże się za to moje wspomnienie z czasów rządów Buzka. Polska prowadziła wtedy gorącą wojnę handlową z Węgrami. Na rozmowy ostatniej szansy do Budapesztu poleciałem ja, choć byłem tylko ministrem rolnictwa. Ale moim partnerem po stronie węgierskiej był… też Balazs. Dogadaliśmy się.

Przy tokaju?
Też lubię, ale popijam również wódkę. To zależy od towarzystwa.

Kim jeszcze będzie Artur Balazs?
Osobą, która potrafi łączyć, a nie dzielić, doprowadzać do kompromisów, kłaść pomosty między ludźmi.

Spinacz jak Mazowiecki!
Ja w polityce jestem spełniony, naprawdę. I dlatego nie chcę sięgać po nic więcej, staram się unikać ryzyka wchodzenia w niepewne układy. A druga sprawa to scena polityczna, która moim zdaniem jeszcze będzie się zmieniać i chciałbym uczestniczyć w jej trwałej zabudowie.

Ciągnie wilka do lasu.
Ciągnie. Chciałbym móc powiedzieć, że współtworzyłem formację, która przetrwała kilka kampanii wyborczych, wspłrządziła Polską, potrafiła być w opozycji.



Artur Balazs, rolnik, polityk. Pełnił funkcję ministra ds. warunków życia na wsi w rządzie Tadeusza Mazowieckiego oraz ministra ds. kontaktów politycznych w gabinecie Jana Olszewskiego. Współorganizował NSZZ Solidarność Rolników Indywidualnych, a następnie PSL "Solidarność", przekształcone potem w Stronnictwo Ludowo-Chrześcijańskie. W 1997 r. wraz z Aleksandrem Hallem doprowadził do powstania Stronnictwa Konserwatywno-Ludowego. W latach od 1999 do 2001 był ministrem rolnictwa i rozwoju wsi. Do Sejmu IV kadencji wszedł z listy Platformy Obywatelskiej, ale nie został członkiem jej klubu parlamentarnego.