Jacek Saryusz-Wolski*: To nie jest spór o politykę zagraniczną, o jej meritum. To jest niepotrzebny i szkodliwy spór o techniczną stronę wzajemnych kontaktów oraz o prymat w polityce
zagranicznej. Z punktu widzenia konstytucyjnego politykę zagraniczną prowadzi rząd. Dlatego jak najszybciej trzeba ten spór zamknąć. Platforma już robiła wyraźne gesty. Zgodziła się na
podpisanie traktatu z wyłączeniem Karty Praw Podstawowych, zgodziła się też na współreprezentację Polski w Lizbonie. Polska w sprawie polityki zagranicznej musi mówić jednym głosem.
Istnieje potrzeba wyciszenia sporu i ułożenia tych relacji. Temu będzie sprzyjała rozmowa zapowiedziana przez Donalda Tuska z panem prezydentem oraz rozmowa Radosława Sikorskiego z prezydentem.
Lech Kaczyński musi przyjąć do wiadomości wynik wyborów i się z nim pogodzić.
Obserwując gesty premiera Tuska, spodziewam się, że spotkanie powinno przynieść jakieś efekty. Osobiste stosunki są podrzędne. Nadrzędną rzeczą są interesy Polski. PO i Donald Tusk są
gotowi wiele zrobić, by w tej materii wszystko układało się dobrze. Ale jest też nieprzekraczalna granica – prezydent musi uszanować, że to rząd PO-PSL jest głównym ośrodkiem
polityki zagranicznej i że można prowadzić tylko jedną politykę zagraniczną.
Zdecydowanie premier. Wszystkie traktaty z Unią podpisuje szef rządu. Prezydent natomiast je ratyfikuje.
Jest to szczególny szczyt, bo dojdzie do podpisania traktatu. W tej optyce, w której dziś premier Tusk to widzi, to on będzie reprezentował Polskę, ale uszanuje też linię dobrych stosunków
między dwoma ośrodkami: swoją jako szefa rządu i minioną rolę prezydenta w drodze do podpisania traktatu.
Jest dziwna. Zostanie to zrozumiane, ale kanonem jest, że na szczyty jeżdżą szefowie rządów. Jedynym wyjątkiem jest Francja, gdzie na szczyt jeździ prezydent. Ale to wynika z ich konstytucji.
Dlatego zapowiedź, że do Lizbony pojadą Donald Tusk i Lech Kaczyński, wzbudza zainteresowanie.
Wierzę, że jest dla wszystkich klarowne, w jakiej roli w Lizbonie wystąpi premier, a w jakiej prezydent. Ale oczywiście przypominam sobie, jak została odebrana wspólna obecność prezydenta
Kwaśniewskiego i premiera Millera w Dublinie. To może nie przysłużyć się wizerunkowi Polski. Niektóre media pewnie to jakoś żartobliwie czy złośliwie skomentują.
To będzie spotkanie robocze. Tam będą podejmowane nie tylko tematy dotyczące polityki zagranicznej. Mogą zostać poruszone i sprawy środowiska, i technologii. Za to też odpowiada rząd i jego
premier.
Jest to materia do wypracowania na poziomie służb dyplomatycznych. Wszystko powinno zostać załatwione w sposób dyskretny i wcześniej rozstrzygnięte. Przy stole nie ma miejsca na przepychanki.
Ale wydaje mi się, że sprawa jest rozstrzygnięta, że do Brukseli pojedzie premier.
Oba są ważne i potrzebne. Spotkanie z premierem dotyczy generaliów i sposobu współpracy. Natomiast spotkanie z ministrem spraw zagranicznych jest elementem stałej współpracy ośrodka
prezydenckiego z rządem. A wynikiem tych spotkań powinno być przeświadczenie, że jest zgoda co do zasad i że Polska w polityce zagranicznej będzie mówiła jednym głosem.
Zmiana rządu PiS na rząd PO-PSL oznacza też zmianę roli prezydenta w polityce zagranicznej. Ośrodek prezydencki może mieć psychiczny problem z przestawieniem się. Ale musi się z tym
pogodzić i ręka w rękę współdziałać.
Przede wszystkim powinny być dość częste spotkania szefa MSZ oraz nieco rzadsze premiera z prezydentem. Dobry obyczaj polityczny wskazuje na konieczność kontaktowania się i informowania
prezydenta o najważniejszych sprawach.
Niekoniecznie. Ta kwestia nie należała do najważniejszych.
*Jacek Saryusz-Wolski jest wiceprzewodniczącym PO i eurodeputowanym