Dziennik "Wall Street Journal" opisał w środę grę wojenną, w której wzięło udział 16 byłych wysokich rangą urzędników z Niemiec i NATO, a także parlamentarzyści i eksperci ds. bezpieczeństwa. Zorganizowana została wspólnie przez dziennik "Die Welt" i Uniwersytet Bundeswehry z Hamburga.
Symulowany atak Rosji na Mariampol
Według przyjętego w grze scenariusza Rosja zajmuje w październiku br. litewski Mariampol, 35-tysięczne miasto, znajdujące się w wąskim przesmyku pomiędzy Rosją (Obwodem Królewieckim) a Białorusią. Robi to pod pretekstem rzekomego kryzysu humanitarnego w obwodzie królewieckim, swojej enklawie graniczącej z Polską i Litwą.
Mariampol to miejsce strategiczne, leżące na skrzyżowaniu ważnych dla Europy autostrad: na południowy zachód biegnie Via Baltica, droga prowadząca do Polski, a na zachód droga między Białorusią a Kaliningradem. Na mocy umowy o tranzycie między Rosją, UE i Litwą z 2002 r. ta druga jest otwarta dla rosyjskiego transportu.
Brak solidarnej reakcji sojuszników z NATO
Dyrektor warszawskiego biura Aspen Institute Central Europe Bartłomiej Kot odegrał w tej grze rolę polskiego premiera. W rozmowie z PAP przyznał, że ćwiczenie pokazało brak solidarnej reakcji sojuszników z NATO na rosyjskie zagrożenie.
Stany Zjednoczone, podstawowy gwarant NATO, uznały, że będą się starały podjąć bezpośrednie rozmowy z Rosjanami. Z kolei Niemcy potraktowali rosyjską narrację eskalacyjną jako punkt wyjścia do dalszej gry – relacjonował Kot dalszy przebieg wydarzeń.
Według niego poza Polską nikt z graczy nie próbował kontestować "rosyjskiej pozycji wyjściowej" i wszyscy zaakceptowali ustanowienie korytarza humanitarnego na terytorium Litwy, godząc się także na brak dostępu do tego korytarza i zamknięcie nad nim przestrzeni powietrznej dla wszystkich poza Rosją.
Niemcy zaczęli negocjacje, starając się jedynie doprowadzić do deeskalacji. Uznałem, że nie można po prostu zaakceptować rosyjskich żądań, bo to oznaczałoby oddanie części suwerenności państwa NATO bez walki. Mimo że nie doszło nawet do rosyjskiej aktywności wojskowej – wyjaśnił Kot.
Polski gracz zaproponował, żeby sprawdzić wiarygodność rosyjskiej narracji poprzez "demonstracyjną obecność w obszarze, do którego chcieli nam zamknąć dostęp". Jeżeli Rosjanie zareagowaliby na to działaniami wojskowymi, dałoby to według niego pretekst do uruchomienia artykułu 5. z powodu fizycznego naruszenia suwerenności państwa NATO.
Moja interwencja spowodowała, że pozostali gracze zrozumieli, że nie należy przyjmować rosyjskich oświadczeń bez żadnej weryfikacji – dodał ekspert i przyznał, że aby przełamać impas decyzyjny w gronie sojuszników, trzeba było szukać koalicjantów i wymusić np. na Amerykanach czy Niemcach konkretne działania. Dlatego, jak podkreślił, nauka z tej gry wojennej jest taka, że należy podtrzymywać solidarność działania tak długo, jak się da. A kiedy jej brakuje, trzeba działać odważnie i przełamywać niechęć do działania pozostałych sojuszników – podsumował.
Także według relacji "WSJ" symulowana inwazja na Mariampol pod pretekstem kryzysu humanitarnego w Królewcu sparaliżowała proces decyzyjny sojuszników z NATO.
Stany Zjednoczone odmówiły powołania się na Artykuł 5 Traktatu Północnoatlantyckiego, zgodnie z którym w razie napaści na jednego z sojuszników pozostali udzielają mu solidarnej pomocy. Z kolei Polska, choć zaczęła mobilizację, nie wysłała wojska na Litwę, a licząca 500 żołnierzy 45. brygada pancerna Bundeswehry stacjonująca na Litwie w ogóle nie zareagowała. Według "WSJ" stało się tak m.in. dlatego, że Rosja użyła dronów do zaminowania dróg prowadzących do niemieckiej bazy.
Nie pierwszy taki scenariusz rosyjskiego ataku
Podobny scenariusz rosyjskiego ataku na "niewielką, ograniczoną część" jakiegoś kraju NATO, z nadzieją na bezczynność sojuszu opisał w październiku ub. roku w rozmowie z PAP prof. Carlo Masala z Uniwersytetu Bundeswehry w Monachium, autor książki "Jeśli Rosja wygra". Przekonywał bowiem, że im mniejszy kraj NATO, a terytorium zaatakowane przez Rosję mniej znaczące, tym wzrasta ryzyko, że sojusz nie zdecyduje się na solidarną reakcję.
Zdaniem Masali Rosjanie chcą jedynie końca NATO, a nie III wojny światowej. Dlatego liczą na bezczynność sojuszu w sytuacji, kiedy zaatakują jedynie w ograniczonym zakresie. Dlaczego to może oznaczać koniec NATO? Bo brak solidarnej obrony jednego z sojuszników spowoduje, że część państw zacznie sobie zadawać pytania o sens takiego paktu militarnego – zwrócił uwagę ekspert.
Podobnego zdania byli eksperci cytowani przez "WSJ". Przyznawali, że Rosjanom nie zależy na przedłużającej się wojnie z całym NATO. "Taka wojna byłaby dla nich szkodliwa, bo na dłuższą metę to my bylibyśmy w stanie więcej produkować i powołać więcej ludzi do wojska" – oceniał w "WSJ" Amund Osflaten, wykładowca doktryny wojennej w Norweskim Uniwersytecie Obrony. Dlatego jeśli Rosja będzie chciała zaatakować, dodał, zrobi to błyskawicznie, aby zająć korzystne pozycje, które później będzie jej łatwo obronić.
"Zasłona dymna" użyta przez Rosjan
W opisanej przez "WSJ" grze wojennej taki był właśnie przebieg wydarzeń – Rosjanie użyli "zasłony dymnej" w postaci kryzysu humanitarnego, błyskawicznie zaatakowali niewielkie miasto, a Zachód zareagował wahaniem i paraliżem decyzyjnym. Przyjęcie deeskalacyjnej postawy powoduje, że to druga strona wygrywa. To pokazała ta gra. Kiedy robimy zbyt wiele kroków do tyłu, może zabraknąć spójności odpowiedzi. Najgorsze, że Rosjanie podważyli w tej symulacji solidarność sojuszniczą działaniem hybrydowym, a nie otwartym – podsumował Kot w rozmowie z PAP.