Wróciłem już normalnie do pracy, więc nie mam aż tak dużo czasu, żeby o tym wszystkim myśleć. A żona jest w domu i stara się tak zorganizować dzień, by również nie
zaprzątać sobie głowy niepotrzebnymi myślami.
Ale kiedy na chwilę usiądę - choćby po to, żeby odpocząć - wtedy jest najgorzej.
Oczywiście - i jest mi z tym naprawdę ciężko. Prawie nieustannie myślę o Veronce. Kiedy wychodzę z Nikolką na spacer albo się bawimy, zaraz zaczynam się zastanawiać, co
robi Veronka. I wiem, że u niej wszystko w porządku, że otoczona jest opieką, ale jednak…
Pewnie jest śmielsza niż była. To prawda.
Odwiedza z nami znajomych i krewnych, przyzwyczaja się do innych ludzi.
Myślę, że każda matka jest inna i ma inne podejście wychowawcze.
Ale rzeczywiście różnica jest i ją widać. Vercia przyzwyczajona była do obecności innych ludzi. Kiedy żona przyjeżdżała do mnie do pracy, zajmowała się nią koleżanka, a
my w tym czasie mogliśmy coś załatwić.
Uważam, że to jest dobry sposób. Z Nikolką robimy tak samo. Przynajmniej nie będzie bała się ludzi.
Całkiem dobrze. Zabierają sobie zabawki, tłuką się, poszturchują. Na początku to Vercia była prowokatorem, ale teraz Nikolka również nie daje sobie w kaszę dmuchać.
Ośmieliła się.
Może raczej jak kuzynki czy kumpelki. Zobaczymy. Ale myślę, że warto umożliwić im spotkania. Coś pozytywnego może z tego wyniknąć.
Głównie ze względu na dziewczynki. Nie powinny widywać się codziennie, przynajmniej na razie. Muszą się przyzwyczaić, że mieszkają gdzie indziej niż do tej pory.
Nie, na pewno nie. Drugi raz postąpiłabym tak samo. Cieszę się, że nasza córeczka jest z nami w domu.
Z jednej strony gdybyśmy się o tym nie dowiedzieli, pewnie żylibyśmy sobie spokojnie dalej - tak jakby się nic nie stało. Ale z drugiej strony lepiej było dowiedzieć się
teraz niż na przykład za dwa lata. Mnie w ogóle przez myśl nigdy nie przeszło, że Veronka nie jest naszą córką. Ale może z czasem, gdyby w ogóle nie była do nas podobna, mogłoby mnie to
zacząć dręczyć...
Kiedy patrzymy teraz na Verkę, jak rozwija się i zmienia, widzimy, że nie jest ani trochę podobna do żadnego z nas. Ale w wypadku takiego małego człowieczka trudno jest się
upierać. Jak Veronka się urodziła, mówiłam sobie, że ze mnie nic nie ma. Ale zaczęłam szukać u niej odbicia Honzy. Widziałam w niej na przykład jego oczy.
O tak. Najbardziej wtedy, kiedy zaczyna się wściekać.
Przeżyliśmy z mężem bardzo wiele trudnych chwil. Najbardziej jednak zbliżyła nas do siebie choroba męża....
Kiedy zachorowałem, stwierdziliśmy, że chyba już nic gorszego nas nie może spotkać. A potem to. Ale może teraz będziemy mieć już spokój - choć na wszelki wypadek nic nie
będę mówić.
Drugiego kwietnia. To będzie dziewczynka.
Tak. Oczywiście. Wezmę z pracy przydział niezmywalnych flamastrów i od razu podpiszę dziecko (śmiech).
Bardzo. Każdego dnia. Dzwonimy do siebie z panią Czermakową, ale to nie to samo. Pytam ją, jak tam Nikolka, a ona mówi, że dobrze. Ale ja znowu chciałabym ją
zobaczyć. Nie widziałam jej ponad tydzień.
To nie takie proste. Ale będę musiała to przełknąć, nie mam wyboru.
Bardzo często tak myślę. Ale kiedyś mogłoby to wyjść na jaw i pewnie byłoby jeszcze gorzej, chociaż już teraz było to wszystko straszne. Sama nie wiem. Na początku przeklinałam go, że w
ogóle poszedł zrobić te testy.
Nikt mi wtedy nie wierzył. To było straszne.
Myślałam, że to jakiś błąd. Wyniki przyszły przez internet. Miałam więc nadzieję, że powtórny test wyjdzie dobrze.
Tak, przeprosił. Można powiedzieć, że wróciliśmy do siebie. Rozwiązujemy teraz dużo więcej spraw wspólnie. Teraz jest lepiej, ale ta nieufność pozostanie już chyba na zawsze. W jakiś
sposób mu wybaczyłam, ale to cały czas we mnie tkwi.
Teraz już powoli tak. Ale człowiek się przyzwyczaja, a to wszystko trwa.
Veronka jest przyzwyczajona do obcych ludzi, do nowych miejsc. Czermakowie często oddawali ją komuś pod opiekę, dlatego mała nikogo się nie boi.
Prawdę mówiąc, nie potrafię wyobrazić sobie, żebym zostawiała Nikolkę pod czyjąś opieką. Wszędzie ją zabierałam, nawet jak jechałam do lekarza. Ale nie chcę przez to powiedzieć, że
pani Czermakova robiła coś źle. Po prostu inaczej.
Często o tym myślę. Ale nie mogę się wtrącać, nie mam prawa. Choć oczywiście nie chciałabym, żeby często oddawali Nikolkę komuś pod opiekę.
Świetnie to rozumiem. Gdyby to zależało tylko ode mnie, w ogóle nie zwracałabym uwagi na kwestię genów i krwi. Zostawiłabym sobie Nikolkę. Ale opinie są bardzo różne. Nawet moje dwie
bardzo bliskie przyjaciółki nie są co do tego zgodne. Jedna twierdzi, że nigdy by swojego dziecka nie oddała, a druga że jak najbardziej. Gdybym mogła podjąć tę decyzję zupełnie
samodzielnie - co przecież nie było możliwe - to Nikolki nigdy bym nikomu nie oddała, a Veronkę odwiedzałabym nawet w każdy weekend, żeby widzieć, jak rośnie. Miłość, którą mam w
sobie, powstała dla Nikolki, a teraz muszę ją dać Veronce.
Nie wiem. Mam nadzieję, że tak.
Pewnie byśmy chcieli, ale jeszcze nie teraz. Poczekamy, aż się wszystko uspokoi, rozwiąże. Najchętniej zaszłabym w ciążę pod koniec urlopu macierzyńskiego, za trzy lata. Tak, żebym nie
musiała wracać do pracy.
W fabryce. Bardzo się cieszę, że już tam nie pracuję. To było koszmarne, robiłam w kółko to samo. Bardzo się cieszyłam, że zaszłam w ciążę.
Chyba lepiej jest, żeby ludzie wiedzieli, iż na tym świecie wszystko się może zdarzyć. Ale ja nie byłam tak bardzo przekonana do tych wywiadów, to mój partner wszystko organizował. Na
przykład umawiał się, że ktoś do nas przyjedzie, ale mówił mi o tym godzinę wcześniej. Z czasem przyzwyczailiśmy się jednak do dziennikarzy, powiedzieliśmy sobie, że tak już chyba musi
być. Ale teraz już jest spokój. Z większością dziennikarzy można się dogadać.