Grossman obserwuje swój naród jakby zafascynowany "eksperymentem", który w nim się dokonuje. Chodzi o wszechobecność zagrożenia, a co za tym idzie, wszechobecność armii w życiu całego społeczeństwa. Uważa, że choć militaria widać na każdym kroku, to Izrael nie jest państwem militarnym.
Pisarz jest dumny ze swojego kraju, ale widzi też jego niedostatki. Rozumie, że państwo w tak szczególnej sytuacji, jak Izrael, nie może pozwolić sobie na taki liberalizm, z jakim mają do czynienia społeczeństwa zachodnie.
Autor powieści "Uśmiech baranka" - o poborowym, który wątpi w słuszność roszczeń Izraela na okupowanych terenach Palestyńskich - uważa, że wojna to najgorszy sposób rozwiązywania bliskowschodnich konfliktów. Ale z drugiej strony odrzuca oskarżenia skrajnej lewicy, która twierdzi, że Izrael chciał wojny z Libanem i tylko czekał na pretekst. Według niego wywoływanie nowego konfliktu zbrojnego, gdy Izrael walczy w Strefie Gazy, nie miałoby sensu.
"Naszym uśmiechom na twarzy stale towarzyszy napięcie" - mówi DZIENNIKOWI o sytuacji Żydów Grossman. Armia jest jedną z najważniejszych instytucji. Wojsko ma olbrzymi budżet i najlepszych ludzi. "Gdyby była nagroda Nobla za militarne wynalazki, większość wzięlibyśmy my" - konkluduje.
Grossman jest osobą szczególnie uprawnioną do wypowiadania się na temat losów Izraela. 12 sierpnia, już po tym, jak udzielił wywiadu DZIENNIKOWI, na froncie zginął jego syn...