W jego ostatniej drodze towarzyszyli mu tylko najbliżsi. Steve Irwin, tragicznie zmarły gwiazdor programów przyrodniczych, spoczął na terenie zoo w Queensland, na północy Australii.
Uwielbiał życie na krawędzi. Gołymi rękami chwytał i ujarzmiał krokodyle, łapał jadowite węże, nurkował w poszukiwaniu groźnych ryb. Na całym świecie miał miliony fanów, ale ojciec „łowcy krokodyli” na pogrzeb syna zaprosił tylko najbliższą rodzinę i przyjaciół. Tysiące wielbicieli pojawią się na oficjalnej ceremonii pogrzebowej za kilka dni. Zorganizują ją władze Australii.
44-letni Irwin zginął 4 września, gdy kręcił podwodny film na rafie koralowej. Płaszczka wbiła w niego kolec jadowy. Mimo szybkiej reanimacji przyrodnika nie udało się uratować.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|