Od czasu gdy prezydent George W. Bush oświadczył, że Stany Zjednoczone idą na wojnę z Osamą bin Ladenem i wszystkim, co ten arabski terrorysta uosabia, świat zmienił się nie do poznania. Pojawiło się poczucie ciągłego zagrożenia, strach przed wszechobecnym wrogiem. Zaczął się czas nieustającej wojny - pełzającej, powolnej i całkowicie niejasnej.
Konflikt to dość nietypowy, bo widać tylko jedną z walczących stron. Wróg pojawia się, ale tylko od czasu do czasu. Bywa w Afganistanie, Iraku, na ulicach Libanu, ale wie, jak przeniknąć w nasze szeregi. Wtedy dochodzi do zamachów. Tak było w Madrycie i Londynie. Wystraszony Zachód chowa się za kontrolami, zakazami i policyjnym nadzorem. Demokracja godzi się na ograniczenia, bo pozwalają uniknąć dalszych ofiar.
Ostatnio udało się zapobiec śmierci setek pasażerów lecących z Wielkiej Brytanii do USA. System zapewniający ludziom bezpieczeństwo wykrywając np. potencjalnych zamachowców, z drugiej strony ogranicza ich prawa. To cena, którą płacimy za bezpieczny sen, czy dokończony lot przez Atlantyk.
Islamscy terroryści zastrzeleni na ulicach Bagdadu, Basry czy Kandaharu to dla większości z nas abstrakcja, zdjęcia w telewizji. To co nas dotyka na co dzień, to nie tylko zabrany na lotnisku ulubiony scyzoryk, a nawet podsłuchiwana przez władze rozmowa telefoniczna. 11 września 2001 bezpowrotnie straciliśmy coś ważniejszego.