Prezydent USA domagał się zablokowania dochodzenia, które na władzach wymusiła koalicja rodzin ofiar ataku. Szefem komisji powołanej w listopadzie 2002 został Henry Kissinger, osoba bliska prezydentowi. Szybko jednak zrezygnował, gdy wytknięto mu bliskie kontakty z bogatymi Saudyjczykami, bezpośrednio powiązanymi z Osamą bin Ladenem. Idealny przykład konfliktu interesów.
"W latach 90. wydali ponad 100 milionów dolarów na <aferę rozporkową> Billa Clintona, a dla komisji śledczej w sprawie 9/11 przeznaczono 3 miliony. Później dodano jeszcze 11" - mówi zdenerwowany Bob McIlvaine, ojciec strażaka zabitego w zamachu. Dochodzenie odgórnie ograniczono do 18 miesięcy. Do tego nowy szef komisji nie miał czystego konta. Ujawniono, że był przyjacielem Condoleezzy Rice, doradcy do spraw bezpieczeństwa prezydenta Busha.
Prezydent oświadczył, że tylko on, ze wszystkich członków komisji, będzie miał dostęp do tajnych dokumentów. Dodatkowo wszystkie informacje, jakie uzyska z ich lektury, zostaną ocenzurowane przez Biały Dom. Gdy Bush zeznawał, robił to nie pod przysięgą i do tego w towarzystwie swojego zastępcy Dicka Cheneya. Rodziny ofiar mówią wprost: nie chciał, by ich wersje się różniły...