11 września 2001 roku o godzinie 8:46 (14:46 czasu polskiego) pierwszy samolot, porwany przez Mohammeda Attę, wbił się w wieżę World Trade Center w Nowym Jorku. W Polsce o 14:46 zawyły
syreny, by uczcić pamięć pięciu Polaków, którzy zginęli w zamachach. Tak samo było w innych stolicach państw, których obywateli zamordowali 11 września 2001 roku islamscy
terroryści.
W "strefie zero", czyli na fundamentach zawalonych wieżowców, pojawili się prezydent USA George W. Bush, przedstawiciele rządu i władz stanowych. Nie zabrakło ratowników z
11 września, rodzin ofiar i tych wszystkich, którzy po prostu przyszli oddać hołd ofiarom jednego z najbardziej spektakularnych zamachów na świecie.
Tysiące nowojorczyków w ciszy uczciło pamięć zamordowanych. Przy akompaniamencie samotnej wiolonczeli rodziny głośno odczytywali nazwiska żon, mężów, synów i córek zabitych w czasie
ataków. "Kochamy cię i tęsknimy" - mówili jedni. "Była moją narzeczoną, ukochaną i najlepszą przyjaciółką. Tęsknię za tobą" - powiedział inny
mężczyzna.
Rodziny zmarłych po kolei wchodziły do "strefy zero" i składają kwiaty w miejscu, gdzie runęły wieże. Potem na niebie nad Manhattanem zabłysną dwa gigantyczne promienie
światła, symbolizujące upadające wieżowce, i rozpocznie się czuwanie przy zapalonych zniczach.
Na Busha czekało kilkudziesięciu przeciwników, którzy domagali się zakończenia okupacji Iraku. Transparenty demonstrantów wręcz oskarżały "reżim" Busha o wywołanie
ataków sprzed pięciu lat.
W atakach zginęły prawie 3 tysiące osób z kilkudziesięciu państw świata. Do dziś nie ma odpowiedzi na wiele podstawowych pytań o przyczyny i przebieg zamachu. Pojawiają się za to coraz to nowsze teorie spiskowe.