Ktoś wniósł dyktafon na posiedzenie partii socjalistów. I dzięki temu wyszło na jaw, jak rządzący politycy chcą zaszkodzić opozycji. Nagrana minister ds. samorządu Monika Lamperth wyjaśniała swoim kolegom, że pomysł jest bajecznie prosty.

Ponieważ opozycja w wyborach samorządowych wzięła władzę w terenie, trzeba tak skonstruować ustawę o podziale pieniędzy na samorządy, by opozycja nie miała wpływu na te przydziały. "I opozycyjny Fidesz nie będzie dzielił pieniędzy" - mówiła pani minister.

Proste. Tylko że pisanie ustaw pod zamówienie polityczne nie ma nic wspólnego z demokracją. Dlatego to nagranie najpewniej będzie gwoździem do trumny socjalistycznego rządu Ferenca Gyurcsany'ego.

Opozycja już skrzykuje wściekłych Węgrów. Najbliższe noce w Budapeszcie znów upłyną pod znakiem bójek z policją. Tak jak wtedy, gdy do mediów przeciekło nagranie z posiedzenia rządu. Premier Gyurcsany przyznał na nim, że przez lata okłamywał naród, wmawiając, że gospodarka Węgier kwitnie. Po tej aferze premier przeprosił i zachował stołek. Tylko że kolejna taśma strąci go z tego stołka.