Korea Północna ma trzy typy rakiet, do których załadować może głowicę jądrową. Te, które przetestowano, czyli No Dong i BM-25, mogą spokojnie dolecieć do Japonii, Korei Południowej, części Rosji i Chin. I to mniej więcej wszystko. Jest jeszcze wielka rakieta Taepodong 2, którą można zaatakować cele w Europie, w Stanach i Australii. Jednak nie wiadomo, czy rakieta ta sprawdzi się w praktyce.
Żeby uniknąć kompromitacji i atakować skutecznie, Koreańczycy mogą zdecydować się na styl kamikadze. Do jednego z bombardujących myśliwców rosyjskiej produkcji podłączyć mogą bombę i polecieć w kierunku celu. W takim scenariuszu pilot musi oddać życie ku chwale ojczyzny, bo zabraknie mu paliwa na powrót.
Trzecia opcja, z jakiej może skorzystać szalony dyktator Korei Północnej, to załadowanie na okręt - np. kontenerowiec - samodzielnej wyrzutni rakiet i podpłynięcie bliżej celu. O ile w
grach komputerowych takie cuda są możliwe, to taki okręt nie przepłynie stu metrów, żeby się ktoś o tym nie dowiedział.
A w tej chwili wszystkie dostępne elektroniczne oczy skierowane są na Koreę i bacznie obserwują, co Kim Dzong Il kombinuje... A okrętów podwodnych, zdolnych przenosić taką bombę po kryjomu,
na szczęście Korea nie posiada.