W zeszłą środę w samo południe dziennikarze państwowego kanału poinformowali, że oto Władimir Putin będzie odpowiadał na pytania rodaków. Jak co roku, łączono się z rosyjskimi miastami - ludność zgromadzona przy wozach transmisyjnych pchała się do mikrofonów, a w studiu na pytania odpowiadał sam prezydent.
Tak wyglądało to na ekranach. A jak w praktyce? Tygodnik "Włast" odpowiada: po sowiecku.
Według "Własti" rolę cenzorów spełniali nie tylko oficerowie FSB, ale również dziennikarze państwowej telewizji. To im przypadła rola tych, którzy dbali, by nikomu nie przyszło do głowy męczyć przywódcy pytaniami o Czeczenię, czy śmierć Anny Politkowskiej.
W Kaspijsku wywiad poprzedzono próbą generalną - wypadła znakomicie. Zadbano, by nie wdarł się nikt obcy - główna ulica została zamknięta dla ruchu, a plac otoczono kordonem milicji, która odprawiła z kwitkiem wielu chętnych. W tym samym czasie uśmiechnięta dziennikarka telewizji przekonywała, że dziś, "tego specjalnego dnia", pytanie prezydentowi może zadać "każdy Rosjanin".