Przerażające szczegóły zdradził chińskim mediom pewien nauczyciel. Przez dziewięć miesięcy był dawcą krwi w obozie w Jieyang. Stracił pracę, więc - by utrzymać rodzinę - zgodził się zostać "krwawym niewolnikiem". Podpisał kontrakt i zamieszkał w barakach.
Musiał oddawać krew dwa razy na tydzień. Nie było wymówek, że źle się czuje. A za każdy zabieg dostawał zaledwie 150 zł, z czego połowę oddawał nadzorcy baraku. Musiał też kupować specjalne witaminy, by jego krew była w dobrym stanie.
Po dziewięciu miesiącach mężczyzna zaczął tracić siły. Nie mógł nawet podnieść wiadra z wodą. Dlatego nadzorcy wyrzucili go z obozu. Musiał im tylko zwrócić koszty utrzymania. Okazało się, że zarobił grosze, a teraz nie może pracować, bo musi dojść do siebie.
Chińczyk opowiadał też przerażonym dziennikarzom, jak cały obóz funkcjonuje. W barakach mieszka około 600 osób, których pilnuje 20 strażników. Strażnicy dostają część pieniędzy od każdego, kto odda krew.
Biznes jest dochodowy, bo szefowie obozów sprzedają krew szpitalom, zarabiając na tym kokosy.