W strzelaninie na uniwersytecie Virginia Tech szaleniec zabił 32 osoby, a potem strzelił do siebie. Wiele osób zostało rannych. Okoliczności tragedii wciąż są niejasne. Wiadomo, że były dwie strzelaniny w dwóch różnych miejscach. Świadkowie zeznali, że zabójcą był młody Azjata, najprawdopodobniej Chińczyk. Policja zidentyfikowała zamachowca, ale na razie nie chce podać szczegółów.

Amerykanista z Uniwersytetu Warszawskiego, prof. Krzysztof Michałek, zwraca uwagę, że duże znaczenie dla zrozumienia tego wydarzenia ma powszechny dostęp do broni w USA. "Jeśli jedna trzecia Amerykanów ma broń w domach, to w takiej grupie zawsze znajdą się - oprócz użytkowników zrównoważonych - także podatni na różnego rodzaju stresy i impulsy" - mówi profesor. Dlatego Krzysztof Michałek przewiduje, że podobne zbrodnie będą się powtarzać.

Z kolei prof. Zbigniew Lewicki zwraca uwagę, że osoby niezrównoważone naśladują innych, a łatwość zdobycia broni w USA ułatwia masowe zbrodnie. "Gdzie indziej te same osoby mogłyby wyładować swoje frustracje w zupełnie inny sposób, w Stanach robią to przy użyciu broni" - podkreślił. Jego zdaniem, może tu też wchodzić w grę chęć naśladowania. "Ludzie mający problemy osobiste potrafią niejako <powtórzyć> tego rodzaju zbrodnię, aby zaistnieć albo zwrócić na siebie uwagę" - uważa prof. Lewicki.

W dotychczasowej historii USA najtragiczniejsza strzelanina miała miejsce w Teksasie w 1991 roku. Niejaki George Hennard staranował wtedy półciężarówką restaurację, a następnie zastrzelił 23 osoby. Osiem lat temu w mieście Littleton dwóch uczniów zastrzeliło 12 studentów i nauczyciela. Potem odebrali sobie życie. W ubiegłym roku uzbrojony napastnik zabił pięć dziewczynek w szkole Amiszów w Pensylwanii, a potem popełnił samobójstwo.