Danny Anderson spokojnie karmił konie w swojej stajni. Nagle zauważył, że wślizgnął się do niej półtorametrowy grzechotnik. 53-latek i jego syn natychmiast przystąpili do ataku. Kilka razy zdzielili węża rurą szlaucha, a potem łopatą odcięli mu głowę. I - tak dla pewności - jeszcze go trochę poobijali.
Ale to nie był koniec. "Kiedy schyliłem się, żeby podnieść głowę węża, ta obróciła się, podskoczyła i uczepiła się mojego palca" - opowiadał wstrząśnięty
Anderson. "Musiałem bardzo mocno trząść ręką, by wreszcie puściła" - dodał.
Wąż zdążył jednak podać mu porcję śmiercionośnego jadu. Już po dziesięciu minutach mężczyzna miał spuchnięty język i czuł się coraz gorzej. Dostał serię zastrzyków.
Gdy już wyszedł ze szpitala, zapowiedział, że jeśli zdarzy mu się znaleźć jeszcze kiedyś jakiegoś grzechotnika, pewnie też go zabije. Ale od razu chwyci za łopatę i natychmiast go
zakopie. Szczególnie głowę z jadowitymi zębami.