Ledwo udało się opanować kryzys bankowy na Cyprze, na horyzoncie widać już następny problem. Rynki finansowe obstawiają, że kolejnym krajem, który będzie musiał wystąpić o unijną pomoc finansową, zostanie Słowenia. Wiarygodność tego kraju w oczach inwestorów spada w rekordowo szybkim tempie.

Reklama

Pomiędzy 15 marca, czyli ostatnim dniem przed ogłoszeniem kontrowersyjnego planu ratunkowego dla Cypru, a 28 marca słoweńskie CDS-y, czyli ubezpieczenie od tego, że dłużnik nie spłaci swoich zobowiązań, podrożały o 66 proc. – z 250 do 414 pkt baz., czyli najwyższego poziomu od sześciu miesięcy. Jeden punkt bazowy to tysiąc dolarów rocznego ubezpieczenia za każde 10 milionów pięcioletniego długu. Wczoraj ich wartość wynosiła 336 pkt, ale to i tak oznacza 34-proc. wzrost w porównaniu z połową marca. Szybciej przez ten czas rosły tylko koszty ubezpieczenia cypryjskiego długu. Co więcej, słoweńskie CDS-y są obecnie droższe niż Włoch, Hiszpanii czy wchodzącej dopiero w lipcu do Unii Chorwacji. Z kolei rentowność 10-letnich obligacji słoweńskich wzrosła pod koniec marca do rekordowego – i niebezpiecznego – poziomu 6,31 proc.

– Od momentu rozwiązania kryzysu cypryjskiego w centrum uwagi znalazła się Słowenia. W erze postcypryjskiej niewielkie rozmiary słoweńskiej gospodarki działają na jej niekorzyść – tłumaczy Bloombergowi Bas van Geffen, analityk z holenderskiego Rabobanku.

Cypr, który stanowi zaledwie 0,2 proc. gospodarki strefy euro (w przypadku Słowenii jest to 0,4 proc.), został zmuszony do przyjęcia bardzo ostrych warunków bailoutu. Aby otrzymać 10 mld euro pomocy, musi samodzielnie znaleźć 5,8 mld euro. Koszty tego poniosą posiadacze depozytów powyżej 100 tys. euro, którzy stracą nawet do 60 proc. wkładów.

Słoweński rząd, który władzę objął zaledwie dwa tygodnie temu, jest przekonany, że nie będzie się musiał uciekać do międzynarodowej pomocy, bo struktura tamtejszej gospodarki jest zupełnie inna niż cypryjskiej. Przede wszystkim nie ma tak rozdętego sektora bankowego – o ile na Cyprze aktywa banków wynosiły ośmiokrotność PKB tego kraju, o tyle w Słowenii ten stosunek to ok. 1,33. Co nie znaczy, że jest on zdrowy – słoweńskie banki wpadły w kłopoty wraz z wybuchem kryzysu i załamaniem się rynku nieruchomości. Dziś wartość złych długów w ich posiadaniu sięga jednej piątej PKB. Nova Kreditna Banka Maribor jest jednym z czterech banków strefy euro, który nie wypełnił w zeszłym roku unijnych wymogów kapitałowych, zaś w zeszłym tygodniu Fitch obniżył rating pięciu słoweńskich banków.

Problemy nie dotyczą zresztą tylko sektora bankowego. – Jedna trzecia słoweńskich firm ma poważne problemy i spora część z nich upadnie w najbliższych miesiącach – oświadczył kilka dni temu Samo Hribar Milicz, szef Słoweńskiej Izby Handlowo-Przemysłowej. Deficyt budżetowy kraju wzrośnie w tym roku do 5,1 proc., a dług publiczny zwiększy się z 53,7 proc. na koniec 2012 r. do 59,5 proc. w tym i 63,4 proc. w przyszłym roku, choć wszystko są to wartości niższe niż średnia w strefie euro. Rząd Alenki Bratuszek ma przedstawić plan naprawczy do końca kwietnia. Prawdopodobnie obejmie on podwyżkę VAT o 2 pkt proc. oraz prywatyzację dużych państwowych przedsiębiorstw. Ale czasu nie ma zbyt wiele. Według Bank of America Merrill Lynch Słowenia będzie potrzebować 6–8 mld euro pomocy.