Dziennik Gazeta Prawana logo

Jak działają fabryki szkieletów? "Szlaki handlu kośćmi wiodły od zapadłych wiosek do najbardziej szanowanych uczelni"

19 czerwca 2018, 12:02
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
ceremonia pogrzebowa w Indiach
ceremonia pogrzebowa w Indiach/Shutterstock
Ludzki szkielet, ale też pojedyncze kości – to bez nich nie byłoby badań i edukacji medycznej, co do tego wszyscy są zgodni. Nieliczni tylko wiedzą, jak się je pozyskuje – szczegóły są szokujące.

O zbadanie tego "sektora" pokusił się Scott Carney, dziennikarz śledczy, który przygotowuje też materiały dokumentalne dla m.in. "National Geographic" i Public Radio. Badania prowadził przez pięć lat głównie w Indiach, a ich efekty opisał potem w książce "Czerwony rynek. Na tropie handlarzy organów, złodziei kości, producentów krwi i porywaczy dzieci".

W publikacji podjął kilka tematów, w tym m.in.: handel nerkami – dotarł do wioski zwanej Kidneyvakkam, w której trudno o osobę z kompletem narządów, sprzedaż włosów – para się tym starożytna świątynia, zyskując w ten sposób miliony dolarów, a także kupno dzieci, komórek jajowych, krwi... Prześledził też skąd pochodzą szkielety anatomiczne, wykorzystywane do badań i edukacji medycznej. Gdzie i jakimi metodami się je pozyskuje – na te pytania odpowiada punkt po punkcie.

Gdzie?

Bengal Zachodni – tu odpowiedź może być tylko jedna. To stąd pochodzi znacząca większość starannie spreparowanych pomocy medycznych, przede wszystkim kości połączonych drutami i opatrzonych diagramami oraz kompletnych szkieletów. I tak jest od około 200 lat. Niczego w tej kwestii – jak przekonuje Scott Carney – nie zmienił nawet zakaz handlu ludzkimi szczątkami wprowadzony w Indiach w 1985 roku. Proceder do dziś kwitnie w najlepsze.

– opisuje. –

W innym miejscu doda, że szkielety anatomiczne mogą pochodzić teraz też z m.in. Chin i Europy Wschodniej.

Skąd?

Dróg pozyskiwania szkieletów jest kilka. Można je jednak podzielić na dwa główne.

Pierwsza to działania na małą skalę, kiedy to ciała wykrada się z grobów, oczyszcza z tkanek miękkich, a kości przekazuje bezpośrednio dealerowi, druga – to zorganizowane i zatrudniające wiele osób fabryki kości. To termin oficjalny i dobrze w Indiach znany, bo co kilka lat funkcjonariusze wpadają na ich trop kolejnych mniejszych lub większych firm.

, można przeczytać w książce pt. "Czerwony rynek".

Fabryka kości to albo duży zakład – otoczony wysokim płotem – w którym pracują osoby w białych fartuchach ("Podczas złotej ery handlu szkieletami praca w tego rodzaju zakładach uchodziła za najbardziej prestiżową w mieście. Podobnie jak zawód lekarza w Ameryce"). Albo jedynie bambusowa chata przykryta brezentowym dachem. W środku – obowiązkowo – wiadra kwasem solnym i beczki z innymi chemikaliami, które pozwalały uzyskać twarde i białe kości.

Jak?

Pozostają jeszcze dwie kwestie – jak jeszcze pozyskiwano ciała i jak preparowano kości.

Zwłoki ściągano nie tylko z cmentarzy, ale też z kostnic czy np. stosów pogrzebowych, kiedy tylko odchodziła od nich rodzina zmarłego. Owijało się je siatką i wkładano do rzeki, by bakterie i ryby zrobiły swoje. Po tygodniu ciało wyciągano z wody i starannie doczyszczano (pozbywanie się tkanki miękkiej polegało na gotowaniu w wodzie z sodą kaustyczną). Skutek był jednak taki, że kości robiły się żółte, więc przez tydzień suszono je w słońcu. Na koniec zanurzano je jeszcze w kwasie solnym.

, napisze potem dziennikarz śledczy.

Ciał było cały czas mało, dlatego też, "niektóry firmy próbowały zwiększyć zasoby, kupując ciała przed ich śmiercią, to jest oferując niewielkie sumy ludziom, którzy zrzekają się na ich rzecz praw do swoich zwłok. Ale program dobrowolnego oddziaływania ciał był niepewny i działał zbyt wolno".

Milion dolarów rocznie

"Chicago Tribune" donosiły swego czasu, że 1985 roku eksportowano z Indii 65 tys. szkieletów i czaszek. Z kolei "Los Angeles Times" cytował w 1991 roku Bimalendu Bhattacharjee, byłego prezesa Indyjskiego Stowarzyszenia Eksporterów Materiałów Anatomicznych (sic!): "Nikt nie mówił o tym głośno, ale wszyscy wiedzieli, co się dzieje".

– to już Craig Kilgore, właściciel firmy Kilgore International z Minnesoty.

"Los Angeles Times" oszacował, że "w szczytowym okresie produkcji kalkuckie fabryki kości zarabiały około miliona dolarów rocznie".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj