Te szeroko zakrojone konsultacje mają być odpowiedzią na żądania ruchu "żółte kamizelki", który od ponad dwóch miesięcy zakłóca ruch drogowy, organizuje manifestacje i powoduje dramatyczny spadek popularności prezydenta i jego rządu, protestując przeciw rosnącym kosztom utrzymania.

Ogłoszona debata ma potrwać dwa miesiące i rozpocznie się we wtorek zwoływanymi lokalnie publicznymi zebraniami. Jak zapowiedziano w poniedziałkowym komunikacie urzędu premiera Edouarda Philippe'a, mają one "wszystkim umożliwić, by dyskutowali, byli wysłuchani i mogli przekonać" innych do swojego zdania.

Z kolei w internecie otwarta zostanie strona, na której można ogłaszać debaty, jakie pragnie się zorganizować. A od 21 stycznia będzie mógł się wypowiedzieć każdy obywatel, listownie lub internetowo.

Od 1 marca natomiast "organizowane będą regionalne konferencje obywatelskie". Będą w nich uczestniczyć "wybrani w losowaniu Francuzi oraz przedstawiciele różnych instytucji i organizacji". Ich celem ma być wypracowanie "opinii o wnioskach z pierwszych tygodni debaty i refleksji, co dalej" – zapowiada rządowy komunikat.

Ze strony rządu za przebieg debaty mają odpowiadać dwie osoby: minister ds. stosunków ze wspólnotami terytorialnymi Sebastien Lecornu oraz Emmanuelle Wargon, sekretarz stanu w resorcie transformacji ekologicznej. Natomiast "kolegium pięciu osobistości" czuwać ma nad jej niezależnością oraz metodami analizowania wyników. Dwoje członków kolegium mianuje rząd, a po jednym przewodniczący izb parlamentarnych i prezes Rady Gospodarczej, Społecznej i Środowiskowej (CESE; niezależne ciało doradcze).

W ogłoszonym w niedzielę "liście do Francuzów" prezydent Macron zapowiedział, że debata nie będzie "ani wyborami, ani referendum". Prezydent wyznaczył 32 pytania wokół czterech zasadniczych osi tematycznych. Nawet krytycy przyznają, że stwarza to pole do dyskusji i może doprowadzić do ważnych zmian ustrojowych, takich jak np. referendum z inicjatywy obywatelskiej, jakiego domagają się "żółte kamizelki".

Macron wykluczył jednak dyskusję nad reformami już przeprowadzonymi, w tym dotyczącymi podatku od wielkich fortun, choć z sondaży wynika, że jego przywrócenia chce zdecydowana większość.

"Czerwone linie" ograniczające debatę potępiła przewodnicząca Państwowej Komisji Debat Publicznych Chantal Jouanno, która zrezygnowała z kierowania "debatą narodową". Jej zdaniem błędem jest "ogłaszanie przed rozpoczęciem debaty propozycji, które rząd w każdym wypadku odrzuci, a tym bardziej tematów wykluczonych z debaty". Była minister ostrzegła, że nakreślanie "czerwonych linii" "zniechęci ludzi do udziału w debacie i jeszcze bardziej zradykalizuje jej przeciwników".

Prezydent i rząd chcieliby, by na poziomie lokalnym debatę organizowali merowie. Przeciwstawiają się oni jednak takiemu rozwiązaniu; stowarzyszenia radnych opublikowały tekst, w którym zgadzają się na rolę "ułatwiających" debatę, ale nie "organizatorów", gdyż byłoby to "przerzucaniem na nich odpowiedzialności".

Politycy skrajnych ugrupowań – Zjednoczenia Narodowego na prawicy i Francji Nieujarzmionej na lewicy - odrzucają debatę jako "sypanie piasku w oczy". Opozycja prawicowa i socjaliści, przyznając, że debata jest niespotykanym doświadczeniem demokratycznym, wysuwają wiele zastrzeżeń, ale wyrażają gotowość uczestniczenia.

Natomiast "żółte kamizelki" wydają się być bardzo podzielone. Część uczestników ruchu zamierza wziąć udział w debacie, ale najczęściej słyszy się, że "prawdziwa debata trwa na ulicy".

77 proc. odpowiadających na pytania zeszłotygodniowego sondażu nie wierzy, by debata mogła być prowadzona w sposób bezstronny i niezależny od władz. A według badania opublikowanego w poniedziałek przez tygodnik "Le Point", choć prawie połowa obywateli chciałaby uczestniczyć w debacie, tylko jedna trzecia wierzy, że pozwoli ona zakończyć kryzys "żółtych kamizelek".

"Wszyscy zgadzają się, że źle funkcjonują relacje między rządzonymi a rządzącymi" – pisał o "debacie narodowej" komentator dziennika "Le Figaro" Guillaume Tabard. Jego zdaniem niedostatki demokracji przedstawicielskiej powodują pragnienie wprowadzenia większej dozy demokracji bezpośredniej do życia politycznego we Francji. "Jednak realizacja tego postulatu pozostaje łamigłówką" – przyznaje komentator.