Po objęciu władzy przez PiS polityką wobec Kijowa zajęło się – jakkolwiek dziwnie to dziś nie zabrzmi – dwóch ukrainofilów: Krzysztof Szczerski i Witold Waszczykowski. Po drugiej stronie też była chemia. I wola dokonania nowego otwarcia w stosunkach z Polską. Jednak na kilka dni przed zaplanowanymi na najbliższą niedzielę wyborami prezydenckimi na Ukrainie, w których obecna głowa państwa Petro Poroszenko może nie przejść do drugiej tury, i na finale sejmowej kadencji PiS – zaufanie między obydwoma państwami jest bliskie zeru. Króluje hiperinflacja złożonych obietnic i niemoc w wykonaniu przynajmniej minimalnego kroku naprzód.

Ukraińcy nie rozumieją, dlaczego mają ciągle przepraszać i potępiać UPA, skoro ich prezydent w lipcu 2016 r. ukląkł w Warszawie przed pomnikiem upamiętniającym ofiary rzezi wołyńskiej. Polskie władze nie pojmują, dlaczego Kijów blokuje ekshumacje polskich ofiar z okresu I wojny światowej, a PiS jest traktowany jak ugrupowanie sezonowe, z którym nie warto nawiązywać bliższych relacji. Już nikt nie pamięta, kto pierwszy dał sygnał do batalii, po których ludzie tacy jak Szczerski i Waszczykowski lądowali blisko retoryki ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego, a uznawany za pragmatycznego biznesmena Poroszenko wpisywał się w narracje budowane przez kontrowersyjnego historyka i szefa Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej (UIPN) Wołodymyra Wjatrowycza.

Na tym etapie nie da się wyjść z zapętlenia bez uczciwego resetu. Ale na taki wariant w najbliższym czasie nie ma szans. Nie sprzyja temu długi sezon następujących po sobie kampanii wyborczych – europejskiej i parlamentarnej w Polsce oraz prezydenckiej i do Rady Najwyższej na Ukrainie. Zresztą żadna ze stron takiego resetu nie oczekuje. Fikcja strategicznych stosunków na linii Kijów – Warszawa będzie trwać. Tak samo zresztą jak trwała przez niemal trzy ostatnie dekady.