Jak informuje tygodnik "Sieci", na fotografiach widać obydwa pomieszczenia, w których we wrześniu 2018 r. i w maju bieżącego roku pracowali polscy prokuratorzy.

Ustawiona na drewnianej konstrukcji aluminiowa wiata, do której dołożono z czasem także boczne ścianki (niektóre z brezentu), to miejsce, gdzie składowane są największe elementy tupolewa – roztrzaskane skrzydła, koła, rozprute burty i szczątki silników. Duży, ciemnozielony hangar jest solidną konstrukcją, ale w jego wnętrzu widać tylko nieposegregowane sterty złomu. Tutaj plątanina kabli, tam coś, co przypomina szczątki poszycia. No i wreszcie drzwi. Ułożone w równym rzędzie, niektóre tylko ubłocone, ale są i mocno zdefragmentowane, to zapewne ten element, który miał "wystrzelić" z kadłuba jeszcze podczas lotu i z impetem wbił się w ziemię. Sterta czarnych worków to zapakowane fotele. W kartonowych pudłach znajdują się m.in. rejestratory z TU-154M – czytamy w artykule.

Tygodnik opisuje także środki ostrożności stosowane przez Rosjan.

Najpierw kontrola osobista (szczegółowa i krępująca) oraz przebieralnia. Należy nałożyć ochraniacze na buty, rękawice oraz szczelne, białe kombinezony z kapturem. Koniecznie zapinane na suwak pod samą szyję, czego skrupulatnie pilnowano. (...) Potem jeszcze: rentgen, detektor metalu, dwa rodzaje spektometru (na obecność materiałów wybuchowych) i dwa detektory jonowe - czytamy.

Tygodnik podaje, że dokumentacja fotograficzna, bardzo obszerna, zawierająca nawet kilka tysięcy zdjęć została wykonana już podczas pierwszych wizyt. Za każdym razem wygląda to tak samo: polski śledczy wskazuje element, rosyjski fotograf wykonuje zdjęcie - informuje gazeta. Dodaje, że tylko niektóre części wraku można podnieść, ale to także robią Rosjanie.

Gazeta informuje, że wstępny plan kierownictwa zespołu śledczego nr 1 w Prokuraturze Krajowej zakładał, że każdy element zostanie opatrzony indywidualnym kodem paskowym. Rosjanie stanowczo odmówili, co dziwi tym bardziej, że sami w dość charakterystyczny sposób oznaczyli niektóre odłamki. Zwracają uwagę koślawe napisy żółtą farbą - czytamy. Na każdym kroku polskim prokuratorom towarzyszyła spora gromada przedstawicieli Komitetu Śledczego Federacji Rosyjskiej.

W artykule przypomniano, że na Moskwa każdorazowo odpowiada, że nie odda wraku do czasu, aż zakończy własne śledztwo. Jednak żadne realne śledztwo w tej sprawie w Rosji się nie toczy. A więc to jawna kpina. Podobnie jest w wielu bardziej szczegółowych wątkach - czytamy.

Gazeta wskazuje, że Polska nadal nie otrzymała m.in. dokumentów dotyczących lotniska Smoleńsk-Siewiernyj, zdjęć i materiałów wideo z wyznaczania sektorów na miejscu katastrofy oraz protokołów oględzin elementów samolotu (m.in. agregatów i lewego skrzydła) z lat 2011-12.

Jak długo jeszcze będzie trwała ta groteskowa gra Rosjan z polską prokuraturą? Nieoficjalnie dowiadujemy się, że śledczy mają już dość udawania, iż da się współpracować z Rosjanami. Wszystko, co można było w Smoleńsku zrobić, już zrobiono - czytamy w tygodniku. Jak wskazano, prokuratura nie ma narzędzi do wpłynięcia na decyzje Moskwy. Potrzebne jest zaangażowanie władz państwowych, uruchomienie kontaktów i nacisków międzynarodowych.

"Sieci" przypominają o przyjętej przed rokiem przez Radę Europy rezolucji wzywającej Rosję do oddania polskiej własności. Jak podaje tygodnik, kilka miesięcy temu w Warszawie był emisariusz Rady Europy, który został wyznaczony do mediacji między Polską a Rosją. Chodzi o byłego przywódcę jednego z państw unijnych - czytamy.

Prowadzimy wiele zabiegów, o których na pewno nie chcielibyśmy dziś jeszcze głośno mówić. Sprawa jest zbyt delikatna, by ją nagłaśniać. Mogę tylko potwierdzić, że Rada Europy jest tą organizacją, w której intensywnie działamy - powiedział tygodnikowi urzędnik MSZ.

Kogo obciąża to, że wrak TU 154M znajduje się, gdzie się znajduje, i jest w stanie, w jakim jest? Przecież ani obecne władze, ani Prokuratura Krajowa prowadząca śledztwo od 2016 r. nie są temu winne, lecz polski rząd, który ani w kwietniu 2010 r., ani w kolejnych miesiącach nie domagał się zwrotu samolotu. Wtedy obowiązywała narracja, że trwa wspólne śledztwo (de facto nigdy takowe nie zaistniało) i gabinet Donalda Tuska - z ministrem obrony Bogdanem Klichem, spraw zagranicznych Radosławem Sikorskim, zdrowia Ewą Kopacz - oraz prezydent Bronisław Komorowski za wszelką cenę nie chcieli drażnić Rosjan i kierować wobec nich jakichkolwiek żądań - czytamy w tygodniku.