"Minęły trzy minuty? To znak, że kraj opuścił właśnie jeden mieszkaniec Wysp Brytyjskich" - bije na alarm na pierwszej stronie swojego wczorajszego wydania londyński "The Independent". Równie alarmistyczny w tonie jest "Daily Telegraph". Dziennik wyliczył, że w ciągu minionej dekady Zjednoczone Królestwo opuściło 930 tys. rodowitych obywateli.
To zjawisko bez precedensu w powojennej historii kraju. Wprawdzie Brytyjczycy - ze względu na wspólnotę językową - tradycyjnie dość często emigrowali do swych dawnych dominiów - jak Stany Zjednoczone, Australia czy Nowa Zelandia. Jednak nigdy wcześniej nie przeprowadzali się tak masowo do ciepłych i tańszych Hiszpanii, Grecji czy Azji Południowo-Wschodniej.
"To globalizacja w czystej postaci. Granice znikają. Dziś wyjechać może każdy, kogo na to stać: od spragnionego słońca bogatego emeryta po przedsiębiorcę, których chce płacić niższe podatki" - mówi DZIENNIKOWI Eiko Thielmann, specjalista od migracji z London School of Economics. Decyzje ułatwia Brytyjczykom fakt, że wysokie ceny nieruchomości na Wyspach i korzystny kurs funta pozwalają im po sprzedaży domu wygodnie urządzić się niemal w każdym zakątku globu.
Mimo że fala uciekających z ojczyzny Anglików od lat przybiera na sile, nie oznacza to bynajmniej, że Wielka Brytania się wyludnia. Wręcz przeciwnie. Co roku bowiem na Wyspy trafia prawie pół miliona obcokrajowców, dla których nowy adres w Londynie czy Glasgow to spełnienie snów o lepszym życiu i świetlanej przyszłości. "To efekt tradycyjnie liberalnej polityki migracyjnej, którą brytyjski rząd prowadzi od lat. Najpierw chętnie przyjmował obywateli swoich byłych kolonii, takich jak Indie czy Pakistan. Potem zaś jako pierwszy duży kraj starej Unii otworzył swój rynek pracy dla państw Europy Środkowo-Wschodniej" - przypomina Thielmann.
Taka polityka nie pozostaje jednak bez wpływu na ojczyznę piłki nożnej i Beatlesów. "Herbatka o piątej po południu i portrety monarchy na ścianach spokojnych wiejskich posiadłości można dziś oglądać już tylko w ekranizacjach klasycznych powieści Agaty Christie" - mówi DZIENNIKOWI John Salt, kulturoznawca z University College w Londynie. Obecnie w miastach takich jak Birmingham jest już więcej meczetów niż kościołów, a na ulicach niewielkich szkockich miasteczek na niektórych ulicach słychać niemal wyłącznie język polski.
Władze twierdzą, że dostrzegają problem. Jeszcze w 2005 r. debatę o tym, "czym są dziś brytyjskie wartości", zainaugurował premier Tony Blair. Jego następca Gordon Brown na początku przyszłego roku ma przedstawić wiele ustawowych rozwiązań w tej sprawie. Już dziś wiadomo, że będzie wśród nich mowa o "tworzeniu brytyjskich miejsc pracy dla Brytyjczyków", a także program dokształcania rodowitych obywateli Zjednoczonego Królestwa, by mieli szansę dotrzymać kroku na rynku pracy częstokroć lepiej wykształconym przybyszom z Polski czy Pakistanu.