Prezydent Pervez Musharraf ogłosił trzydniową żałobę narodową i poprosił rodaków o spokój. Jednak policja w całym Pakistanie jest w stanie najwyższej gotowości. Wprowadzono czerwony alert, bo na ulice wyszli manifestanci, którzy nie mogą pogodzić się ze śmiercią liderki opozycji.

Największe protesty trwają w miastach, w których Benazir Bhutto była najpopularniejsza. Między innymi w Peszawarze, gdzie policja rozpędziła pałkami i gazem łzawiącym ponad setkę zwolenników zabitej byłej premier. Zablokowali oni główną aleję, podpalili tablice reklamowe, skandowali wrogie hasła pod adresem prezydenta Musharrafa. Obrzucili też kamieniami komisariat policji i wiele parkujących samochodów.

W mieście Multan z kolei setka zwolenników opozycyjnej Pakistańskiej Partii Ludowej (PPP), której przewodziła Bhutto, spaliła opony i zablokowała ruch w centrum. W Rawalpindi, gdzie zginęła była premier, demonstranci spalili plakaty wyborcze rządzącej partii i zaatakowali policjantów, którzy w popłochu uciekli.

W Jacobabadzie, na południu kraju, rodzinnym mieście tymczasowego premiera Mohammedmiana Soomro, podpalono budynek sądu i gmachy administracji. W Karaczi, skąd pochodzi rodzinna Bhutto, zamknięto sklepy, gdy demonstranci zaczęli podpalać na ulicach opony.

"Zamach na życie Benazir Bhutto, przywódczyni największej partii opozycyjnej w Pakistanie, skomplikuje sytuację wewnętrzną i stawia pod znakiem zapytania styczniowe wybory" - ostrzega Tom Ripley, ekspert od terroryzmu z uniwersytetu w Lancaster. Jego zdaniem, to, co wydarzy się teraz w kraju, zależy od tego, czy prezydent Musharraf maczał palce w zamachu na Bhutto. A jeśli tak, to czy wyjdzie to na jaw.

W takim wypadku może wybuchnąć wojna domowa. A Pakistan to jeden z niewielu krajów na świecie, który ma w swym arsenale bombę atomową. I do tego leży w bardzo niebezpiecznym regionie - niedaleko targanego wojną Afganistanu.