Jest prawie 30 stopni, praży słońce, od którego próbują się ukryć pod skromnym daszkiem. Co jakiś czas podchodzą do kraniku z wodą, piją, polewają sobie głowy, przemywają twarze. Stoją w kurzu i żwirze, cieknąca z kraniku woda wylewa się na ziemię, tworząc obrzydliwe błoto rozdeptywane przez setki stóp. To gruzińscy uchodźcy z regionu Cchinwali czekają na pomoc władz miasta. Niektórzy już od czterech dni.

Reklama

"Traktują nas jak bydło. Stoimy tu i żebrzemy pomocy, a nikt się nami nie interesuje" - mówi mi 55-letnia Tina. "A to przecież oni zafundowali nam taki los. Po co się było pchać na tę wojnę" - dodaje z rozgoryczeniem.

Tina pochodzi ze wsi Eredwi, która znajduje się na północ od Cchinwali. Co oznacza, że aby wydostać się z ogarniętego walkami terytorium, musiała minąć linię frontu. "Szliśmy naokoło Cchinwali drogą przez góry. Najpierw na piechotę. Potem podjechał ktoś samochodem i zabrał nas na pakę. Ale i tak znaleźliśmy się pod ostrzałem - pociski spadały dookoła. Jedną kobietę, która była z nami, odłamek trafił w aortę i wykrwawiła się na śmierć" - opowiada roztrzęsiona.

"Zanim zaczęła się wojna, od poniedziałku do piątku nas bombardowali" - mówi Liana z regionu Samaczablo za Cchinwali. "Siedzieliśmy pod mostem, myśleliśmy, że wytrzymamy. Ale w końcu daliśmy za wygraną i uciekliśmy" - dodaje. Jej mąż został w domu. Liana nie wie, co się z nim teraz dzieje.

Podobną historię może opowiedzieć każda z kilkuset osób zgromadzonych przed merostwem. Uciekają z gruzińskich wsi w Osetii, ale także z graniczących z nią rejonów, do których coraz bardziej przybliża się front. "Mam dwójkę dzieci. Czy może mi pani powiedzieć, co mamy robić?" - chwyta mnie za rękaw któraś z kobiet.

Mamuka Achlediani, wicemer Tbilisi, który jeszcze w piątek wieczorem, gdy do stolicy przybyli pierwsi uchodźcy z Cchinwali, zapewniał mnie, że wszyscy uchodźcy otrzymają niezbędną pomoc, od kilku godzin nie odbiera telefonu.

"Szukamy dla nich miejsca" - przekonuje mnie Nato Czubinidze z jednej z gruzińskich organizacji pozarządowych, które wspólnie próbują pomagać uchodźcom. "Część z nich już dostała dach nad głową" - mówi.

Odsyła do naprędce zorganizowanego ośrodka w jednostce straży pożarnej w dzielnicy Saburtalo. Już tam byłam. Nie mieści się tu więcej niż pięćdziesiąt osób. Co z resztą? "Na razie robimy, co możemy" - mówi Nato. Ale uchodźcy są tylko rozgoryczeni. I wściekli na władze. "Dlaczego nikt z nich do nas nie wyszedł? Choćby po to, żeby powiedzieć, że jest na co czekać?" - pyta Tina.

Przy wejściu do merostwa jest punkt rejestracyjny, gdzie pozbawieni domów uciekinierzy powinni zostawić swoje dane. "I co im to da, że się zapiszemy? Czy to jest teraz najważniejsze? Potrzebują liczb, żeby mówić o nich światu. Lepiej dajcie nam jeść" - rzuca ktoś z tłumu. Rozgoryczenie uchodźców rośnie z godziny na godzinę. "Saakaszwili o nas zapomniał. Występuje w telewizji i myśli tylko o sobie" - żali się jakaś kobieta.

Wśród uchodźców są już potężne oznaki niezadowolenia. I pretensje wobec prezydenta Saakaszwilego. Rosjanie biją się przecież koniec końców z nim i jego prozachodnimi rządami.

"Gdy szedłem przez góry, spotkałem czeczeńskiego pułkownika, jednego z tych, którzy walczą po stronie Osetyjczyków" - mówi 61-letni Giorgi. "Nic mi nie zrobił, powiedział tylko, że przyszli, żeby zrobić w Gruzji porządek. Że może przyjdą do Tbilisi, żeby obalić Saakaszwilego" - opowiada. "Mówił, że wystarczy tydzień bez niego i w Gruzji znowu będzie dobrze. Ten Czeczen to wróg, ale w sprawie prezydenta się z nim zgadzam" - dodaje.

Ale niektórzy wciąż chcą walczyć z Moskwą, z historycznym wrogiem, z dawnym ciemiężcą i dzisiejszym okupantem.

"Nie można Rosjanom pozwolić na to wszystko" - wtrąca się inna kobieta. "Teraz znowu są silni i pokazali swoją prawdziwą twarz. Cały świat powinien stanąć na nogi. Dzisiaj my, jutro cała Europa" - podnosi do góry wskazujący palec. "Nie śpijcie, bo potem będzie za późno" - dodaje.

Na ulicach Tbilisi codziennie tłumy ludzi zbierają się na mitingi i protesty przeciwko rosyjskiej okupacji. Wymachując gruzińskimi flagami, krzyczą: Sakartwelo! Gruzja! Nie damy się ruskim najeźdźcom! Przedwczoraj wieczorem z wielkiej sceny na placu Republiki czytano wiersze Szoty Rustawelego. Tłumy paliły świeczki, a na wielkim bimerze migała prezentacja w języku angielskim: "Russia kills people. Red Army go home. Stop Russia".

Przy ul. Szartawa nie ma ludzi w bojowych nastrojach. Słaniając się na nogach od upału, myślą o swoich rodzicach, babciach i dziadkach, którzy nie mieli sił, by uciec przed wojną. O tym, czy znowu spędzą noc na ulicy.

Reklama