Wiosną, po wyjściu na wolność z aresztu śledczego, Popenda poskarżył się sądowi na przewlekłość śledztwa prokuratury. Domagał się maksymalnego odszkodowania, jakie przysługuje w
tym wypadku - 20 tys. zł. Wczoraj wygrał: Sąd Apelacyjny w Warszawie uznał, że prokuratura opieszale prowadzi jego sprawę. Sprawa ciągnie się bowiem już pięć lat. I nakazała zapłacenie
mu połowę sumy, której żądał.
Popenda nie kryje satysfakcji: "To jest porażka prokuratury. Wreszcie ktoś prawomocnie orzekł, że nie można w jednej sprawie prowadzić śledztwa przez pięć lat".
Leszek Goławski, rzecznik prokuratury apelacyjnej w Katowicach, nie chce komentować wyroku. "Z zasady nie komentujemy spraw, które się toczą. Nie znam jeszcze uzasadnienia wyroku, ale
ponieważ jest niezaskarżalny, na pewno będzie wykonany" - mówi.
Krzysztof Popenda, były asystent lobbysty Marka Dochnala, trafił na czołówki gazet jesienią 2004 r. Został wówczas zatrzymany na lotnisku w Katowicach pod zarzutem wręczenia łapówki byłemu
posłowi SLD Andrzejowi Pęczakowi. W styczniu 2007 r. opuścił areszt po wpłaceniu kaucji. Ale rok później znów tam trafił: dostał zarzuty poświadczania nieprawdy w celu uzyskania korzyści
majątkowej oraz niegospodarności. Chodziło o wyprowadzanie pieniędzy ze spółek należących do Dochnala.
Popenda wyszedł na wolność w kwietniu tego roku. W sumie w areszcie spędził 45 miesięcy. W jednej ze spraw - związanej z łapówką dla Pęczaka - katowicka prokuratura oskarżyła go dwa lata
temu. Razem z Dochnalem ma zarzuty wręczania posłowi SLD łapówki m.in. w postaci "mercedesa full wypas". Grozi mu do 12 lat więzienia.
Wciąż nie jest zakończone śledztwo dotyczące wyprowadzania pieniędzy ze spółek Dochnala. Od grudnia 2004 r. prowadzi je Prokuratura Apelacyjna w Katowicach.
Popenda to nie pierwszy współpracownik Dochnala, który przed sądem skutecznie wykazuje opieszałość prokuratury. Także Maria S., była księgowa lobbysty, wygrała w sądzie z katowicką
prokuraturą. Jest podejrzana o to, że pomagała w wystawianiu fikcyjnych faktur. Jej aresztowanie w 2006 r. było głośne na całą Polskę, bo do aresztu w Grudziądzu trafiła tuż przed
porodem.
Ponieważ pierwsze zarzuty Maria S. dostała już w 2005 r., a sprawa wciąż nie trafiła do sądu, wystąpiła o odszkodowanie. Sąd w listopadzie tego roku przyznał jej 3 tys. zł.