W zeszłym roku szkolnym strażnicy skontrolowali blisko 10 tys. nastolatków. W 300 przypadkach uczniowie zamiast na lekcjach czas spędzali w kafejkach internetowych czy centrach handlowych. Zdarzały się przypadki, że byli pod wpływem alkoholu czy narkotyków i rozrabiali na ulicach. "To stosunkowo niewielka grupa, ale to właśnie ona jest najbardziej widoczna i najtrudniej na nią oddziaływać. Z tymi uczniami natychmiast trzeba coś zrobić" - mówi Grzegorz Kaleta ze straży miejskiej w Łodzi.

Co takiego? Łódzcy strażnicy chcą, żeby wagarowiczami zajęły się sądy rodzinne. Decyzją sądu uczniowie, którzy notorycznie chodzą na wagary, mieliby być odbierani biologicznym rodzicom i trafiać do ośrodków wychowawczych lub rodzin zastępczych. "Ta kara mogłaby obowiązywać nawet przez krótki czas. Wybieralibyśmy tylko sprawdzone rodziny zastępcze, które wymusiłyby na zbuntowanych nastolatkach obowiązek chodzenia do szkoły" - tłumaczy Kaleta.

Kara dotyczyłaby tylko zdemoralizowanych uczniów, którzy regularnie opuszczają lekcje. Mimo to na propozycji suchej nitki nie zostawili specjaliści, z którymi rozmawiał DZIENNIK. "Ten pomysł zupełnie mi się nie podoba i zwyczajnie wykracza poza prawo. Tylko dlatego że uczeń wagaruje, miałby trafiać do rodzin zastępczych? To chore" - kwituje Janusz Skibiński, kurator oświaty w Kielcach.

Dariusz Jędrasiak, dyrektor II LO w Łodzi, ma na wagarowiczów inną metodę. "Tego samego dnia, gdy ucznia nie ma w szkole, dzwonimy do rodziców. Współpraca między domem a szkołą jest kluczowa. Musimy iść w tym kierunku, a nie zgłaszać wydumane propozycje" - uważa dyrektor.

Zdecydowanie ostrzej o pomyśle wypowiada się Andrzej Olszewski z Koalicji na Rzecz Rodzinnej Opieki Zastępczej. "To bzdura! Rodzina zastępcza nie jest lekarstwem na unikanie lekcji" - tłumaczy Andrzej Olszewski. - "Nie sądzę, żeby wagary mogli ukrócić obcy ludzie, skoro nie potrafili zrobić tego biologiczni rodzice. Poza tym nie ma rodzin zastępczych resocjalizacyjnych. Te, które są, zwyczajnie sobie nie poradzą. I będziemy mieli dwa dramaty, dziecka i rodziny" - prorokuje Olszewski.

Dagmara Turek-Samól z wrocławskiej straży miejskiej, choć do końca nie jest przekonana do propozycji, stara się bronić łódzkich kolegów. "Pomysł jest kontrowersyjny, ale może w przypadku rodzin, w których bardziej niż dzieci liczy się alkohol, miałby rację bytu?" - zastanawia się.

Intencję łódzkich strażników próbuje zrozumieć też Czesław Michalczyk, psycholog i psychoterapeuta. "Zadaniem rodziców jest dopilnowanie, by dziecko chodziło do szkoły, jeśli tego nie robią, nie wypełniają swoich obowiązków" - mówi. "Jednak zamiast odbierać dzieci, należy pomóc rodzinie, a nie zgłaszać propozycje, które są krzykiem rozpaczy i bezsilności" - dodaje.











Reklama