Dziennik Gazeta Prawana logo

"Serbowie nie bawią się w sentymenty"

17 marca 2008, 23:32
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
W ogarniętej zamieszkami kosowskiej Mitrowicy stacjonuje ponad 100 polskich policjantów. Po tym, jak nasi mundurowi musieli odpierać atak uzbrojonych Serbów, 28 Polaków zostało rannych. To nie pierwszy taki przypadek. "Atak może być zawsze" - mówi w rozmowie z DZIENNIKIEM ppłk Andrzej Kuczyński, policjant, który w 2002 roku został ranny na misji w Kosowie.


Jest ciężko. W każdej chwili może dojść do akcji i to na ostro. Czy to konwój na trasie do Mitrovicy czy patrol, atak może być zawsze.


Jak nie w domu to obok. Broni jest tam dużo. I dosłownie w każdym momencie mogą ją powyciągać.


Tak. Tam każdy cywil może mieć broń i jak ma akurat dzisiaj fantazję to ją weźmie ze sobą, jak wyjdzie na spacer. Serbowie to naród walczący, to są wojownicy. I przede wszystkim bardzo patriotyczni. Jak uznają, że ktoś wchodzi w ich sprawy - z miejsca łapią za broń. Jak byłem na moście w Mitrovicy, to rzucili nam pod nogi granaty M70. One mają mnóstwo małych kulek - są tak skonstruowane, żeby spowodować dużo rannych. Ostrzelali nas też z broni automatycznej, samochody były podziurawione.


Nie. Serbowie darzą nas sympatią. Często z nimi rozmawialiśmy, byli przyjaźnie do nas nastawieni. Tyle, że jak dochodzi do walki, to oni nie patrzą kto jest z jakiego kraju. Odstawiają sentymenty na bok. Tego jak tam jest, zwykły śmiertelnik nie jest w stanie sobie wyobrazić.

*ppłk Andrzej Kuczyński - policjant, który wziął udział w misji w Kosowie. W 2002 roku był ranny odłamkiem granatu podczas starcia z Serbami na moście w Mitrovicy.

p

Starcia w Mitrovicy są konsekwencją ogłoszenia przez Kosowo niepodległości i uznania jej przez wiele państw europejskich, w tym Polskę - pisze w DZIENNIKU publicysta Andrzej Talaga. Tym razem nie wybuchły tam walki serbsko-albańskie, jak w przeszłości, ale bunt Serbów przeciwko społeczności międzynarodowej. Przeciw ONZ i NATO. Serbowie czują się zdradzeni. Trzeba przyznać - nie zrobiliśmy zbyt wiele, by nie mieli dziś tak paskudnego samopoczucia.

Nie byłoby rannych polskich policjantów, gdyby nie tamta decyzja. Płacimy za pośpiech i zbytnie uleganie żądaniom Albańczyków. Zamiast polubownego załatwienia sprawy, mamy rozruchy. Zamiast debaty o przyjęciu Serbii i Kosowa do Unii Europejskiej krew na ulicach i płonące samochody.

Formalne oderwanie się Kosowa od Serbii - rzeczywiście nastąpiło już w 1999 roku - uruchomiło lawinę. Najpierw w Belgradzie wyszło na ulice ponad sto tysięcy demonstrantów, głównie młodzieży - najbardziej proeuropejsko zorientowanej części serbskiego społeczeństwa. Z dnia na dzień straciliśmy tych ludzi dla zjednoczonej Europy. Aż trudno uwierzyć, że europejscy politycy nie wzięli tego pod uwagę, gdy decydowali się poprzeć roszczenia Albańczyków.

Potem było jeszcze gorzej. W Serbii wybuchł kryzys parlamentarny. W związku z tym odbędą się tam przyspieszone wybory, które wygrają prawdopodobnie siły antyeuropejskie i nacjonalistyczne. Umiarkowany prezydent Tadić będzie musiał borykać się z antyzachodnim parlamentem. I nie ma dużych szans na utemperowanie nastrojów. Owszem, większość Serbów nie przejmuje się secesją Kosowa, byłaby nawet skłonna zgodzić się na nią, ale ludzie ci zostali upokorzeni. A wtedy nie działa się racjonalnie. Wtedy dochodzi do głosu zraniona duma.

Unia nie zaproponowała Serbii na osłodę żadnych specjalnych warunków przyjęcia jej w swoje szeregi w zamian za zgodę na niepodległość Kosowa. W ogóle nie uwzględniła jej zdania. A mieliśmy w ręku sporo atutów, by powściągnąć Albańczyków. Kosowo żyje wszak w znacznym stopniu z unijnej pomocy, można było choćby zagrozić jej ograniczeniem. Nie zrobiliśmy tego.

Trzeba zadać sobie kilka podstawowych pytań. Chcemy pokojowo rozwijającej się Serbii, członka Unii? Stabilizacji na Bałkanach? Poskromienia grasujących w Europie gangów przestępczych mających swój matecznik w Kosowie? Kosowa, które nie będzie przez dziesięciolecia na garnuszku Unii i Amerykanów, a zacznie utrzymywać się samodzielnie i utworzy sprawną administrację państwową? Na wszystkie te pytania udzielimy z pewnością odpowiedzi pozytywnej. Dlaczego zatem zachowujemy się tak, jakby było odwrotnie?

Serbowie z Mitrovicy nie chcą żyć w niepodległym Kosowie. Wolą przyłączyć się do Serbii. Tymczasem usłyszeli właśnie, że nie ma mowy o podziale Kosowa, a NATO wysłało na nich żołnierzy. Zapewne słusznie. To Sojusz odpowiada za bezpieczeństwo w tym kraju i nie może sobie pozwolić na rozruchy.

Zabrakło jednak pozytywnego przesłania. Rozumiemy wasze racje, usiądźmy do stołu rokowań i je przedyskutujmy, ale nie pod presją siły. Przyjazny gest, rozmowa, zapewnienie o wspólnocie celów - właśnie tego brakuje w naszej polityce wobec Serbów. To nie banda sfrustrowanych szaleńców, ale ludzie, którzy boją się o swoją przyszłość.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj