"Sprawdzamy czy to raczej policjant nie był wtyką mafii" - przyznają krakowscy prokuratorzy, którzy prowadzą śledztwo. I pojawia się szansa na pełne wyjaśnienie tej jednej z najpoważniejszych wpadek w historii "polskiego FBI".

Reklama

Jak dowiedział się DZIENNIK, minister spraw wewnętrznych zdecydował właśnie o odtajnieniu dokumentów operacyjnych świadczących o współpracy z Centralnym Biurem Śledczym bandyty, zamieszanego w serię zabójstw właścicieli kantorów. Materiały dotarły już specjalnym transportem do krakowskiej prokuratury.

"To fakt, że jeden z morderców był agentem oficera CBŚ. Przez lata współpracy napisał zaledwie kilka informacji, żadna nie miała większej wartości. Stąd zastanawiamy się, kto tu tak naprawdę był wtyką" - mówi oficer znający akta chronione do niedawna klauzulą "ściśle tajne".

Rozmowy bez efektów

Z dotychczasowych ustaleń śledczych wynika, że mimo skromej ilości "cynków" policjant kontaktował się z tajnym współpracownikiem bardzo często. Analiza bilingów połączeń telefonicznych wykazała, że było ich około czterystu. "Są wśród nich połączenia przed i po kolejnych morderstwach" - mówi nasz rozmówca.

Śledczy oficjalnie potwierdzają jedynie sam fakt prowadzenia takiego postępowania. "Badamy, czy nie doszło do przekroczenia uprawnień przez funkcjonariusza policji. Decyzje zapadną dopiero po analizie całości materiałów" - mówi naczelnik wydziału przestępczości zorganizowanej prokuratury krajowej w Krakowie Marek Wełna.

Czy policjant wiedział o morderstwach?

Choć sprawę współpracy bandyty próbowali już wyjaśniać przełożeni policjanta, nadal nie wiadomo, co nim kierowało. Rozmówcy DZIENNIKA mówią o dwóch najpoważniejszych wariantach.

"Optymistyczny” zakłada, że policjant zwerbował mężczyznę przed laty, gdy miał drobny konflikt z prawem. Znał go jeszcze ze szkoły i chciał mieć kontrolę nad jego działaniami. Nie wiedział o jego udziale w zabójstwach kantorowców.

Według wersji pesymistycznej, przestępcę zarejstrowano jako tajnego współpracownika tylko po to, aby zapewnić jego działaniom osłonę. "System działa tak, że jeśli ktokolwiek zainteresuje się działalnością tajnego współpracownika, to musi skontaktować się z jego oficerem prowadzącym. Wtedy można przekazać ostrzeżenie" - wyjaśnia emerytowany policjant.

Nawet przy tej wersji w komendzie głównej policji nikt nie wierzy, że oficer CBŚ mógł kryć mordercę. "To przerasta wyobraźnię. Zresztą ta osłona nie dała wiele. To krakowscy policjanci wykryli całą grupę. Zatrzymali ją w przeddzień kolejnego napadu, nie zwracając uwagi na fakt, czy ktoś jest agentem czy nie" - komentuje wysoki rangą oficer policji.

Zabijali z zimną krwią

Trzyosobowy gang dokonał przynajmniej pięciu morderstw właścicieli kantorów w 2006 i 2007 roku. Przestępcy od początku założyli, że będą mordować. Strzelali do ofiar nim upewnili się, że mają jakąkolwiek gotówkę. Prawdopodobnie eliminując świadków chcieli sobie zapewnić bezpieczeństwo. W dwóch przypadkach mimo dokonanych morderstw, nawet nie zabrali pieniędzy. Sterroryzowani właściciele kantorów złożyli się na 100 tysięcy złotych nagrody dla osoby, która wskaże terroryzujących ich środowisko sprawców.

Nagrody jednak nigdy nie wypłacono. Zagadkę rozwiązali policjanci ze specjalnej grupy śledczej. Do dziś utrzymują w tajemnicy sposób, w jaki wpadli na trop trzech morderców, z których tylko jeden był wcześniej notowany przez policję.