>>>Przeczytaj o absurdach w finansowaniu szpitali przez NFZ
RENATA RUMAN-DZIDO*: Jestem bardzo zdziwiona. Podam przykład z ostatnich tygodni. Przyjmujemy pacjentkę na dermatologię, w trakcie terapii okazuje się, że ma żółtaczkę. Na nasze
nieszczęście mamy oddział zakaźny, więc oczywiście od razu ją tam przenosimy. Gdy jednak wychodzi do domu, musimy wybrać, za co NFZ ma nam zapłacić: za leczenie żółtaczki czy choroby
skóry. Zasada jest prosta: fundusz płaci tylko za droższą procedurę.
Dokładnie. Widać NFZ wychodzi z założenia, że pacjent może cierpieć tylko na jedno schorzenie. Serce albo noga, albo pęcherzyk żółciowy.
Mogłabym leczyć pacjenta na dermatologii, wypisać go i kazać mu wrócić do szpitala za dwa tygodnie, by potem go przyjąć na oddział zakaźny. Dostałabym pieniądze i za leczenie
dermatologiczne, i żółtaczki. Mogłabym pewnie porozumieć się z sąsiednim szpitalem i podsyłać mu pacjentów, gdyby ci, nie daj Boże, musieli u mnie zmieniać oddział, bo wtedy obie
placówki dostaną pieniądze.
Przecież to byłoby nieludzkie i najzwyczajniej głupie. Skoro mogę pacjenta leczyć na dwie choroby równolegle i oszczędzić mu stresu ponownej hospitalizacji - robię to. Zadaniem szpitala jest
jak najlepiej pomóc choremu, a nie myśleć, jakie leczenie bardziej mu się opłaca. A bardzo często zdarza się, że u pacjenta w trakcie diagnostyki wykrywamy jakieś zupełnie inne schorzenie.
NFZ musi zrozumieć, że obecny system jest chory.
*Renata Ruman-Dzido jest dyrektorem Szpitala Wojewódzkiego w Opolu