260 zł za jeden poród.
To po prostu pieniądze, jakie dajemy anestezjologowi za znieczulenie kobiety. Do tego dochodzą jeszcze koszty samego znieczulenia, wtedy wyszłoby około 300. Ale jeśli mam mówić o minimum, to
wystarczyłoby właśnie 260 zł. W skali wydatków na służbę zdrowia, to naprawdę nie są duże pieniądze. Gdyby każda kobieta, która rodzi u nas, była znieczulana, to potrzebowalibyśmy 650
tys. zł rocznie. Jednak i tak nie wydalibyśmy całej tej kwoty, bo nigdy nie będziemy znieczulać 100 proc. pacjentek.
Bo nie wszystkie tego chcą. U nas rocznie rodzi ok. 2,5 tys. pań. Znieczulamy od 60 do 80 proc. z nich. Pozostałe albo nie chcą znieczulenia, albo po prostu trzeba im odmówić ze względu na
brak anestezjologa. To kolejny obok ekonomicznego problem, z którym się w naszym szpitalu borykamy.
No cóż, ekonomicznie rzeczywiście nie jest to dobre rozwiązanie. Po prostu z tych i tak małych pieniędzy, jakie dostajemy za każdy poród z NFZ, płacimy anestezjologom.
Rzeczywiście są bardzo wysokie. Ale mimo niekorzystnego rachunku ekonomicznego nie wyobrażam sobie, abyśmy pobierali od pacjentek jakiekolwiek opłaty za znieczulenia. Współczesna medycyna
stwarza możliwość rodzenia bez bólu, więc nawet jeśli dla szpitala oznacza to konieczność finansowych wyrzeczeń, chcemy zagwarantować rodzącym taki komfort.
No właśnie. W Polsce wiele kobiet boi się porodu przede wszystkim ze względu na ból. I to nie jest normalne. Pieniądze, jakie wystarczyłyby na zagwarantowanie wszystkim rodzącym znieczulenia,
po prostu powinny znaleźć się w budżecie cywilizowanego kraju. To naprawdę nie są wielkie sumy.
*Edward Kobylec jest ordynatorem bloku porodowego w Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym im. J. Śniadeckiego w Białymstoku