Około godziny 14:30 przechodziłem Bedford Street koło pubu "The Bridge House", gdy przez wielka szybę wyleciało krzesło. Chwilę później z lokalu
wybiegło 50 Polaków, którzy rozbiegli się po pobliskich uliczkach. Po kilku minutach przyjechała policja, przed pubem czekało na nich dwóch zalanych krwią Polaków. Widziałem, że mieli
porozcinane głowy.
Sytuacja jest niecodzienna. Od kilkunastu lat policja tutaj nie miała takich problemów z kibicami jak wczoraj. Nie mówimy o wszystkich Polakach, ale o grupie około 250 pseudokibiców, którzy
przyjechali na mecz bez biletów. Już od godzin przedpołudniowych na mieście widzieliśmy, że są tutaj nie po to, by kibicować reprezentacji Polski. Oni zwyczajnie szukali zaczepki.
Tak, w tym pubie około 50 Polaków zaczęło się bić z kibicami północnoirlandzkimi. Sytuacja wynikła ewidentnie z tego, że Polacy zaczepiali tutejszych. Poza tym byli pod wpływem
alkoholu.
Kibice zaczęli przemieszczać się na stadion. Kilka konfrontacji z Irlandczykami nastąpiło po drodze, pod mniejszymi pubami. Ale największa zadyma rozpętała się dosłownie 500 metrów od
stadionu, na Tates Avenue. To ulica, na której zawsze zbierają się kibice Irlandii Północnej i spora ich grupa czekała tam na Polaków. Każda przechodząca tamtędy grupa z Polski była
zaczepiana - gwizdano na nich i obrzucano butelkami. Wtedy do akcji wkroczyła policja, zablokowano ulice. Był moment, kiedy wszyscy tłukli się ze wszystkimi - Irlandczycy z Polakami, Polacy z
policją i policja z kibicami z Irlandii.
Tuż przed rozpoczęciem meczu grupa około 70 polskich kibiców bez biletów chciała sforsować bramki na stadion. Rzucili się na irlandzkich stewardów sprawdzających bilety i wtedy znowu
wkroczyła do akcji policja. Polaków przepędzono do jednej z niebezpieczniejszych dzielnic Belfastu - w okolice Donegall Road. Tam kibice zostali otoczeni kordonem. A oni cały czas chcieli wejść
na stadion. Dopiero po półgodzinnych pertraktacjach z policją Polaków przeprowadzono do centrum. Tam czekały na nich podstawiono autokary, które odwiozły ich do Dublina.
>>> "Krzesłami w okna rzucali Polacy"
Sam mecz przebiegał w miarę spokojnie. W przerwie nastąpił jeden incydent - polscy kibice próbowali przedrzeć się przez ogrodzenie oddzielające ich sektory od kibiców z Irlandii. Z płotów
ściągnęła ich policja.
Słyszałem o tym. To zemsta za kibiców z Polski. Domyślam się, dlaczego tak się stało. Przed meczem plan policji zakładał, że kibice na stadion nie będą docierać przez Tates Avenue, bo
przebiega ona przez protestancką dzielnicę zwaną "The Village". Ale policjanci nie mieli wyboru i musieli kibiców wpędzić w jedną z uliczek tego rejonu, by otoczyć ich z
dwóch stron.
Później właśnie w tamtej okolicy grupa irlandzkich kibiców zaczęła się ścierać z policją w odwecie za to, że funkcjonariusze dopuścili do wejścia polskich kibiców do dzielnicy, która miała być zamknięta. No i w nocy Irlandczycy mogli mścić się dalej.
Polacy zaczęli się do niej wprowadzać z uwagi na najtańsze mieszkania. Gdy lokalni protestanci dowiedzieli się, że Polacy to katolicy, zaczęli ich atakować. Stowarzyszenie Polskie w Irlandii
Północnej przez trzy lata tłumaczyło, że chcemy tam spokojnie żyć i się integrować. Organizowaliśmy mecze piłki nożnej dla młodych Irlandczyków i Polaków, wycieczki dla całych rodzin,
lekcje polskiego dla mieszkańców... Wszystko na nic.
Wystarczyło kilka godzin wandalizmu pseudokibiców, by zrujnować to, co mieszkańcy i nasze stowarzyszenie z trudem budowali przez trzy lata. Przecież teraz wszystkie lokalne gazety napiszą o
Polakach wywołujących zadymy z policją, niszczących puby i atakujących irlandzkich kibiców. Cofamy się do punktu wyjścia.
*Marcin Bator, dyrektor Stowarzyszenia Polskiego w Irlandii Północnej