Elżbieta Słowik*: Właściwie głosu nie mogłam z siebie wydusić. Uczciliśmy tą tragedię minutą ciszy. Wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę, co się stało. Na moje pytanie: czy wiecie
dlaczego się dziś zebraliśmy? nawet najmłodsi cichutko potakiwali. Teraz trzeba będzie sobie jakoś poradzić i pomóc tym dzieciom. Wciąż jesteśmy w szoku. Na razie nauczyciele rozmawiają z
psychologami o tym jak mówić dzieciom o tragedii. Najpierw specjalne spotkania zorganizują wychowawcy klas, do których chodziły zaginieni uczniowie i ci, którym udało się uniknąć śmierci.
Potem przeprowadzimy rozmowy ze wszystkimi uczniami. Przecież w hotelu mieszkały ich koleżanki i koledzy. W naszej szkole wszystkie dzieci jeszcze długo będą miały w oczach płomienie.
Zostały uznane za zaginione, podobnie jak jeszcze jeden chłopczyk z pierwszej klasy. A co do Magdy to w podstawówce była cichą, wrażliwą spokojną dziewczyną. Bardzo się o nią martwię, bo najgorsze jest to, że policja i rodzina dostają różne informacje i jak na razie żadna z nich się nie potwierdza. Z resztą uczyłam nie tylko Magdę. Jej mama była moją wychowanką. A teraz? Brak mi słów. Jeszcze we wtorek rozmawiałam z jej babcią. Powiedziała tylko ze łzami w oczach, że widziała, jak wynoszą ze zgliszczy jej córkę w worku... Mama Magdy mieszkała z dziećmi na drugim piętrze. Kilku innym mieszkańcom hotelu udało się wyskoczyć z okna, mówili, że woleli się połamać niż spłonąć. Jej się nie udało. Ponoć wielu z tych, którzy mieszkali na parterze i na niższych piętrach miało pozabijane deskami okna, chcieli uniknąć włamania. Te same deski stanęły im na przeszkodzie, kiedy chcieli ratować życie. Trudno mi o tym wszystkim mówić...
A co mieli narzekać? Wiele rodzin bez własnego dachu nad głową, było w siódmym niebie, gdy dowiadywało się, że dostało to mieszkanie. Tam mieszkały matki z maleńkimi dziećmi, które nie
miały wielkiego wyjścia. Ponoć jeszcze kilka dni przed pożarem jedna z tych matek apelowała do urzędników i słała pisma, narzekając, że w hotelu jest azbest, przez który rozchorowało
się jej dziecko. Ale nikt się sprawą nie interesował. A takich pożarów w "nafcie", bo tak nazywaliśmy ten hotel, było więcej. Najczęściej do zaprószenia dochodziło
przez jakiegoś alkoholika, który zostawił niedopałek papierosa. Ale szybko je gaszono. Gdy w nocy zadzwonił do mnie siostrzeniec i powiedział "nafta" się pali, też
myślałam, że teraz będzie podobnie. Rano zaczęły się gorączkowe poszukiwania i telefony. Pierwsza wiadomość była pozytywna: "Pawełek z rodziną żyje, bo wyjechał z
rodziną" napisała mi pani pedagog. Pawełek jest jednym z trójki uczniów, których tragedia ominęła - ich rodziny wyjechały na święta.
*Elżbieta Słowik jest dyrektorką Szkoły Podstawowej nr 2 w Kamieniu Pomorskim