Mogłam wreszcie polegać tylko na swojej wiedzy i umiejętnościach. Spokojnie, jedno po drugim wykonywałam kolejne polecenia z arkusza egzaminacyjnego.
. Fakt: uczę się angielskiego od 6 lat, słucham na okrągło amerykańskich piosenek, oglądam nałogowo filmy, ale z pewnością ciągle lepiej radzę sobie z polskim. Dlaczego więc egzamin z wyuczonego języka wydaje mi się o niebo łatwiejszy?
Muszę się do czegoś przyznać: . Jeszcze raz zastanawiam się, czy zrozumiałam intencje autorów klucza i czy wstrzeliłam się we właściwy model odpowiedzi. Gorączkowo sprawdzam kolejne wzorcowe odpowiedzi, które jak grzyby po deszczu pojawiają się w internecie, i próbuję je porównać do tego, co sama napisałam.
Czuję się jak schizofreniczka. Z jednej strony oceniam moją pracę zupełnie obiektywnie, wyrwaną z maturalnego kontekstu. Z drugiej strony myślę o niej w zupełnie innych kategoriach: jak będą na nią patrzeć egzaminatorzy z kluczem w ręku. . Ale gdybym się do tego przyznała, nie miałabym cienia szansy na zaliczenie matury. Tam nie ma bowiem miejsca na wyrażanie własnych myśli. Liczą się okrągłe wypowiedzi typu: „wybitny poeta renesansowy”. Pisałam na zamówienie i to mnie brzydzi. .
Kiedy jednak nie zaliczę matury i nie dostanę się na wymarzoną historię, ta myśl mnie nie uratuje. Czuję się tak zniechęcona, że nie mam już nawet energii, żeby się uczyć do WOS i historii. Polski mnie totalnie dobił.