Szaleństwo, które ogarnęło Warszawę i całą Polskę było możliwe dzięki temu, że w ostatniej chwili władze ZSRR odmówiły artystom koncertu w Moskwie. Wszystko jednak zaczęło się dwa lata wcześniej, gdy Radio Luksemburg w 1965 roku po raz pierwszy nadało piosenkę "(I Can’t Get No) Satisfaction".

Historia zespołu o nazwie The Rollin’ Stones rozpoczęła się 12 czerwca 1962 roku w Londynie. Na scenie klubu Marquee pojawiło się wówczas pięciu długowłosych chłopaków w wąskich przykrótkich spodniach i butach na obcasach, którzy grali rhythm and bluesa - czarne rytmy spod znaku Muddy’ego Watersa i Chucka Berry’ego. Gdy w 1964 roku ukazała się ich pierwsza płyta, wspięli się na szczyt list przebojów. Od początku postrzegani byli jako niegrzeczni chłopcy rocka. I tak jak wszelkie afery dotyczące Beatlesów były tuszowane, tak ich ekscesy wypływały potęgowane sensacyjnymi artykułami w brukowcach. Inna też nieco była na początku ich publiczność. Muzykom nieobce były wszelkie używki zarówno te legalne, jak zakazane, oraz dziwne imprezy z nastolatkami, jak choćby głośna sprawa z piosenkarką Marianne Faithfull, córką austriackiej arystokratki i brytyjskiego szpiega. Dziewczęta za punkt honoru uważały przespanie się z którymś ze Stonesów lub jeszcze lepiej - ze wszystkimi.

Tuż przed pojawieniem się zespołu w Polsce świat obiegła wiadomość o aresztowaniu Jaggera, Richardsa i Jonesa za posiadanie narkotyków. Całe europejskie tournée zespołu to jedno wielkie pasmo skandali, bijatyk fanów z policją i gazów łzawiących.

POLSKA WÓDKA

Kiedy Brytyjczycy wylądowali w 1967 roku na Okęciu, celnicy przez dwie godziny przeglądali ich rzeczy w poszukiwaniu pretekstu, by koncerty się nie odbyły. Wszak towarzysze ze Wschodu w swoim mniemaniu lepiej wiedzieli, co służy socjalistycznej kulturze, a co ją psuje. Bill Wyman, basista zespołu, tak opisał te chwile: Po przylocie stwierdziliśmy, że lotnisko wygląda jak baraki wojskowe. Przyjęcie zgotowała nam stuosobowa garstka fanów. Odprawa celna odbyła się w zwykłym blaszaku. Celnikom nie udało się znaleźć powodu do odwołania koncertu. Stonesi pojechali w końcu wypocząć do Hotelu Europejskiego. Zaraz po przyjeździe i zjedzeniu podanej do pokojów kolacji, trafili, jak to opisywał Marek Karewicz - fotograf pracujący dla Pagartu, który towarzyszył Stonesom podczas ich pobytu w Polsce - do ulokowanego w piwnicach hotelu modnego wówczas lokalu Kamieniołomy. W całej knajpie zajęte były tylko dwa stoliki, przy barze siedziały trzy smutne prostytutki zasłuchane w szlagierach Marino Mariniego granych przez równie smutną orkiestrę - wspominał Karewicz. Z braku zamówionej przez Jaggera tequili zaczęli się raczyć zmrożoną wódką wyborową. Świadkowie opisywali, że muzycy do pokojów wrócili na czworakach około 4 nad ranem.

PRZED BURZĄ

Biletów na jeden z dwóch koncertów w Sali Kongresowej Pałacu Kultury i Nauki, które miały się odbyć 13 kwietnia (o 17 lub 19), nie dało się kupić. Mógł je załatwić dobrze ustawiony znajomy, znajomy znajomego, krewny lub sąsiad obracający się w kręgach Pagartu, Urzędu Rady Ministrów czy innego decydenckiego "betonu". Niezależnie jednak od tego, czy udało się zdobyć ów upragniony skarb, czy nie, wszyscy młodzi ludzie od wczesnych godzin popołudniowych zmierzali w stronę centrum. Ci pierwsi słusznie obawiając się tłoku, ci drudzy święcie wierząc, że Opatrzność, mimo braku biletów, pozwoli im dostać się na koncert. Przed Salą Kongresową panowało istne pandemonium. Na wieść o przybyciu "brytyjskich chuliganów" z całej Polski ściągnięto posiłki MO i ORMO, przygotowano armatki wodne. Atmosfera była napięta. Tłum napierał. W ruch poszły pałki. Niestety dostało się głównie kilkusetosobowej grupie fanów z bratnich Węgier i Czechosłowacji. Poddając się nieustannym kontrolom biletów i dokumentów, ludzie gubili wejściówki, inni je znajdowali, traktując to jak jawną ingerencję Najwyższego.

Reklama

KRÓTKIE SPIĘCIE I DZIKI RYK

Kiedy Stonesi na potężnym kacu zostali "bezpiecznie" dowiezieni do Sali Kongresowej, zamknięto ich w garderobie, a przy drzwiach stanęła milicja. Muzycy postanowili wykorzystać podczas koncertu własne wzmacniacze, a nie nagłośnienie Sali Kongresowej. Niecałą godzinę przed koncertem podczas próby instrumentów Brian Jones, zwiedziony podobieństwem wtyczek do tych używanych w Ameryce, nieopatrznie ustawił woltaż organów Voksa na 110. Nastąpił błysk i cisza. Zakupienie nowego instrumentu było raczej wykluczone, gdyż najbliższy sklep, w którym można byłoby tego dokonać, znajdował się w Berlinie Zachodnim. Jones i Jagger zwrócili się o pomoc do lidera supportującego Rolling Stonesów zespołu Czerwono-Czarni - Ryszarda Poznakowskiego. Właściciel nowiutkich amerykańskich organów Farfisa zgodził się wypożyczyć instrument "koledze Jonesowi" - jak się wyraził.

Artystycznie to koncert był do dupy - wspominał Marek Karewicz. Tylko podczas "Lady Jane" zrobiło się trochę ciszej, na tyle, że można jej było w miarę spokojnie posłuchać - dodał Wojciech Gąssowski. Ale publiczność była wniebowzięta. Może poza pierwszym rzędem zaproszonych oficjeli, którzy opuścili salę na znak protestu, kiedy muzycy wypięli się w ich stronę podczas wykonywania kultowego "Satisfaction". Co dziwne, mimo szaleństwa na widowni, sami muzycy zapamiętali atmosferę koncertu odmiennie. Tak wspominał go w swoich zapiskach Bill Wyman: Widownia zachowywała się ze sporą rezerwą zapewne dlatego, że policja i wojsko stały w przejściach i dookoła sali. Za każdym razem, kiedy ludzie wstawali i oklaskiwali nas albo krzyczeli, przepychali się do nich "oficjele" i udzielali im reprymendy. My na scenie byliśmy bezsilni, ale okropnie było przypatrywać się, jak represjonowane są spontaniczne ludzkie reakcje. Przede wszystkim wszyscy zaskoczeni byli swobodą i luzem Brytyjczyków. Poruszający się po scenie Jagger był jak objawienie w porównaniu ze sztywnymi lokalnymi gwiazdami, podrygującymi przed mikrofonem umieszczonym na stojaku, zaś słowa "Nie znajduję satysfakcji!" podjęli chórem nawet niezbyt biegli w angielskim, bo przymusowo katowani rosyjskim Polacy. Szacunki po występach mówiły, że na obu koncertach było więcej publiczności niż na występie Milesa Davisa, którego oklaskiwało 5000 widzów. Z upływem czasu liczba osób przyznających się, że tamtego dnia widzieli Stonesów na żywo, wzrosła do ilości wielokrotnie przekraczającej pojemność Sali Kongresowej.

Anegdota głosi, że zespół nie chciał zapłaty w złotówkach, których nie można było wymienić. Całe honorarium z koncertów (600 tys. zł) Rolling Stonesi przeznaczyli na zakup wódki. Podobno pracownik Pagartu, niejaki Zdzisław Michorowski, osobiście wziął walizkę z pieniędzmi i pojechał do wytwórni wódek na Ząbkowską, gdzie zakupił wagon (niektórzy twierdzą, że dwa) wyborowej. Przy wjeździe do Wielkiej Brytanii cło okazało się jednak tak gigantyczne, że wagon odesłano do Polski. Ponoć w Pagarcie jeszcze długo chodziło się na kieliszek "stonesówki".

p