KATARZYNA ŚWIERCZYŃSKA: Czy maturzysta piszący, że ”Telimena połączyła się w mrowisku z Tadeuszem”, albo sugerujący, że Hitler żył w 1955 roku, celowo prowokuje egzaminatora?

Reklama

JAROSŁAW KLEJNOCKI*: Niestety, nie prowokuje. Ignorancja uczniów sięga nieprawdopodobnych poziomów. Owszem, dwadzieścia lat temu też zdarzały się takie wypowiedzi, ale zdecydowanie rzadziej niż dziś.

Co się zmieniło w ciągu tych 20 lat?

Dziś wymagania maturalne nadzwyczaj łagodnie traktują wiedzę merytoryczną. Nie trzeba znać tytułów, faktów ani dat. A skoro nie trzeba, to nikt się tego nie uczy. To jest właśnie największy minus matury w obecnej formie. Poza tym, jeśli dziś do matury przystępuje 80 proc. uczniów, to nic dziwnego, że znajdzie się wśród nich spora grupa - za przeproszeniem - głąbów. Inna sprawa, że część uczniów nie potrafi prawidłowo odczytać poleceń. Kolega z WOS opowiadał mi o uczennicy, która na pytanie, jaki powinien być idealny polityk, odpowiedziała, że najlepiej jeśli będzie miał żonę, dziecko, kota i psa. A to jeszcze nic. Na pytanie dotyczące zadań samorządu uczniowie odpowiadali, że obowiązek prowadzenia gimnazjum należy do dyrektora. Brnąc dalej, że realizuje go przy pomocy uczniów i nauczycieli.

Czy taka odpowiedź zdyskwalifikuje ucznia?

Nie, jeśli tylko uzyska wymagane minimum, czyli 30 proc. A więc nawet ten, który na mapie nazwał Węgry Azją czy Australią, zda maturę. A uczelnia wyższa przyjmie takiego ucznia, bo zobaczy tylko wynik punktowy. Wszelkie knoty, jakie nasadził na maturze, nie będą już wtedy miały znaczenia.

Może więc trzeba podnieść maturzystom wymagania?

A kto na to pozwoli? Rządzący? Nigdy w życiu. Robiono symulacje, jaka byłaby zdawalność, gdyby wymagane minimum podnieść do 40 - 50 proc. Okazało się, że maturę oblałaby połowa uczniów. To przecież popsułoby wizerunek osób, które odpowiadają za edukację.

To może uczelnie powinny zaostrzyć kryteria przyjmowania na studia?

Nie ma na to szans. Mamy niż demograficzny, więc uczelnie biją się o każdego studenta. Gdyby na kierunkach humanistycznych brać pod uwagę tylko uczniów, którzy zdawali język polski na rozszerzonym poziomie, część wydziałów na uczelniach wyższych trzeba by było w ogóle zamknąć.

Czy naprawdę ignorancja młodzieży to efekt coraz niższych wymagań, jakie im się stawia?

Niskie wymagania jedynie wspomagają degeneracyjny wpływ cywilizacji. Współcześni licealiści nie są w stanie skupić się na niczym dłużej niż 15 minut, zaczynają się wiercić, przestają uważać. Te dzieciaki żyją w wiecznym rozproszeniu, są każdego dnia atakowane tysiącem informacji. Prześlizgują się więc po nich powierzchownie i koncentrują się jedynie na sobie, są mało ciekawe otaczającego ich świata.

Więc wracamy do punktu wyjścia. Nie muszą być ciekawi, więc nie są, a wymagań nikt im nie podniesie.

Dno niżu demograficznego przypada w 2011 roku. A więc może za jakieś 20 lat osoby odpowiedzialne za decyzje edukacyjne będą mogły sobie pozwolić na postawienie młodym ludziom wyższych wymagań.

*Jarosław Klejnocki jest egzaminatorem warszawskiej okręgowej komisji egzaminacyjnej, polonistą w liceum i wykładowcą na Uniwersytecie Warszawskim

Reklama