Punkty informacyjno-rekrutacyjne w większości są nielegalne, a . Wielu studentów zza granicy nawet nie pojawia sie w Polsce.Mimo, że studenci i rodzice wysłali do Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego skargi na prowadzenie zajęć poza siedzibą, .
. Państwowa Komisja Akredytacyja w marcu 2009 postanawia skontrolować oddział szkoły w Bydgoszczy. Studiuje tam przeszło dwa tysiące osób, na samym zarządzniu jest ich 800, co łatwo było usatlić dzięki portalowi Nasza-klasa.pl - informuje "Gazeta Wyborcza". Jednak bydgoski wydział więc podczas kontroli Państwowej Komisji Akredytacyjnej studentów tych kierunków w szkole nie ma. Kontrolerzy zastają białe plamy na ścianach - tam wisiały plany zajęć. Sami studenci nie mają pojęcia o kontroli. Dziekanat poinformował ich o " awarii instalacji kanalizacyjnej", z powodu której zajęcia się nie odbędą.
Podobnie sprawa wygląda w Koninie. Tam władze na czas wizyty kontrolerów wynajmują liceum, do którego przenoszą słuchaczy "nielegalnych" kierunków. Reszta zostaje w siedzibie AHE na ul. Przemysłowej. Jeden ze studentów informuje kontrolera o przeniesieniu reszty do liceum. Kontrolerzy udają się tam i , , resztę powinni uzupełniać przez internet, ale tak naprawdę nikt z wykładowców tego nie sprawdza, a zajęcia, na które mieli jeździć do Łodzi nie odbyły się ani razu.
Podobnie wypadają kontrole w innych miastach i na innych kierunkach. "Gazeta Wyborcza" odkryła, że oprócz wydziałów zamiejscowych uczelni istnieją jeszcze mniejsze filie, które zamiast być punktami informacyjno-rekrutacyjnymi w rzeczywistości oferują zajęcia dla studentów. Zajęcia prowadzone są przez magistrów, rzadziej doktórów, a to nielegalne. . Magister F. wykłada pięć - od "kierowania zespołem kierowniczym" do "ochrony własności intelektualnej". Dr Ewa P. jest rekordzistką - , co oznacza półtora tysiąca godzin zajęć rocznie.