. Kiedy w sklepach brakowało wszystkiego poza rozsławionym octem . Najczęściej docierały za pośrednictwem poczty. Okazało się bowiem, że do niektórych firm wystarczy wysłać napisany po angielsku list i, o dziwo, w odpowiedzi dostać przesyłkę z folderami.
Jako że znajomość języka Szekspira nie była wtedy nad Wisłą powszechna, . Dalsza zawartość i poprawność językowa zależała od rzetelności kopisty, który przepisywał tekst. A że w kolekcjonerach budził się duch rywalizacji, owocowało to kolportowaniem listów usianych błędami. Pracownicy zachodnich firm musieli mieć niezły ubaw przy czytaniu tych pisanych łamaną angielszczyzną językowych potworków.
Najbardziej cenione były prospekty koncernów samochodowych oraz - ze względu na branżę - długopisy i nalepki. Wysoko w hierarchii znajdowały się też katalogi sprzętu RTV oraz foldery hotelowe. ” reklamujący trunek oraz zdjęcie francuskiego kierowcy Lafitte’a. Byłem w siódmym niebie. Nikt w miasteczku nie miał takiego trofeum. Dlatego przynajmniej raz w tygodniu nachodzili mnie inni zbieracze i nagabywali o sprzedaż bądź zamianę naklejki. Nie zgodziłem się. Z nikim nie podzieliłem się też adresem firmy, która przyniosła mi taki splendor” - dodaje.
. Zdobywane były często w dziwaczny sposób. Jacek Świderski spisał adres wytwórni Martini z butelki po trunku znalezionej na śmietniku koło sklepu Peweksu. ”Skopiowałem wszystko, co było na etykiecie – także z przepisem na drinka - dodałem ”Włochy, Italy” i wysłałem. Nie wiem, jakim cudem kartka dotarła do adresata” - śmieje się.
Podobne wspomnienia ma Mateusz Straszewski z Warszawy. ”Kiedyś udało mi się zdobyć pakiet naklejek z Shella i trochę prospektów z Toyoty. Miałem specjalna półkę, na której układałem te trofea” - opowiada.
Geografia firm, które odpowiadały na prośby polskich nastolatków, była imponująca. Małoletni kolekcjonerzy znad Wisły zasypywali listami m.in. hotel Capitan Cook w Anchorage na Alasce. Wątpliwe, żeby hotelowy personel liczył na gości z ówczesnej Polski, mimo to Kapitan Cook wysyłał wszystkim, którzy o to prosili, długopisy z hotelowym logo.
. W siedzibie koncernu w Atlancie musiała chyba funkcjonować specjalna komórka do obsługi poczty przychodzącej z Polski. . Jeżeli chciało się otrzymać więcej zestawów, wystarczyło napisać adres kilka razy. Pracownicy firmy wycinali go, przyklejali skoczem do bloczków i wysyłali do Polski. ”Fascynował mnie nawet ten skocz. Idealnie przezroczysty, pachnący, nie odklejał się i nie brudził tak jak rodzima taśma samoprzylepna” - dodaje Świderski.