Rozmówcą "Faktu" była jedna z osób wchodzących w skład załogi jaka, któremu - w przeciwieństwie do prezydenckiego tupolewa - udało się wylądować na płycie lotniska
Siewiernyj. "Job twoju mać, co teraz ze mną będzie?! Boże, będę mieć kłopoty, wielkie kłopoty!" - tak rozmówca miał zrelacjonować, co mówił kontroler lotniska, gdy w
szoku wybiegł z wieży kontrolnej.
Rozmówca miał to widzieć, bo - jak wspomina - po wylądowaniu cześć załogi "stanęła przy pasie lotniska i czekała na tupolewa".
"Boże, jacy ludzie tu pracują, pomyślałem" - powiedział informator "Faktu". "Po chwili przez okno wieży wyjrzał człowiek w zielonym mundurze.
Wybiegł i zabrał tego kontrolera. Wojskowi zamknęli zaraz wieżę, a nam kazali wrócić do jaka. Nie było z nimi żadnej dyskusji. Kazali i już. Zamknęli nas na kilka godzin w
samolocie" - relacjonuje.
Polska prokuratura wystąpiła do Rosjan już dwukrotnie z wnioskami o pomoc prawną, bo nasi śledczy chcą przesłuchać kontrolerów ze Smoleńska i obsługę lotniska. Ale mimo ponagleń, na
razie nie ma rosyjskiej odpowiedzi. Nie wiadomo też, gdzie jest szef zmiany kontrolerów, który zaledwie 3 dni po katastrofie oficjalnie odszedł na emeryturę. I zniknął... - pisze
"Fakt".
>>>Zobacz też: Kapitan Protasiuk milczał. Dlaczego?