Tylko dzięki przytomności umysłów kontrolerów lotów nie doszło do gigantycznej katastrofy w Los Angeles. Co najmniej kilkadziesiąt samolotów mogło zderzyć się nad miastem, bo w stacji radarowej wysiadł prąd. Radar zgasł, a z nim ekrany komputerów z pozycjami setek maszyn i dróg podejścia do lądowania. Piloci bez wskazówek swoich kolegów z ziemi są praktycznie ślepi. Na szczęście kontrolerzy błyskawicznie uruchomili systemy awaryjne - jednak przywracanie porządku w powietrzu trwało ponad półtorej godziny.
Całemu zamieszaniu winna jest fala upałów, która doprowadziła do przeciążenia sieci wysokiego napięcia. Kontrolerzy zdołali w ciągu kilkunastu minut uruchomić awaryjne zasilanie z własnych agregatów portu lotniczego i systemy naprawadzania.
W tym czasie jednak maszyny, który szykowały się do lądowania, musiały zmienić korytarze powietrzne, a to zagroziło zderzeniem. Kontrolerzy wysłali te samoloty, które
miały dostateczną ilość paliwa na inne lotniska.
Wstrzymano odprawy na lotnisku i postawiono w stan alarmu straż pożarną.
Chaos nad Los Angeles trwał ponad półtorej godziny.
.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|