Dziennik Gazeta Prawana logo

Awaria radaru wywołała chaos nad Kalifornią

13 października 2007, 14:38
Ten tekst przeczytasz w 1 minutę
Tylko dzięki przytomności umysłów kontrolerów lotów nie doszło do gigantycznej katastrofy w Los Angeles. Co najmniej kilkadziesiąt samolotów mogło zderzyć się nad miastem, bo w stacji radarowej wysiadł prąd. Radar zgasł, a z nim ekrany komputerów z pozycjami setek maszyn i dróg podejścia do lądowania. Piloci bez wskazówek swoich kolegów z ziemi są praktycznie ślepi. Na szczęście kontrolerzy błyskawicznie uruchomili systemy awaryjne - jednak przywracanie porządku w powietrzu trwało ponad półtorej godziny.  

Całemu zamieszaniu winna jest fala upałów, która doprowadziła do przeciążenia sieci wysokiego napięcia. Kontrolerzy zdołali w ciągu kilkunastu minut uruchomić awaryjne zasilanie z własnych agregatów portu lotniczego i systemy naprawadzania.

W tym czasie jednak maszyny, który szykowały się do lądowania, musiały zmienić korytarze powietrzne, a to zagroziło zderzeniem. Kontrolerzy wysłali te samoloty, które miały dostateczną ilość paliwa na inne lotniska.

Wstrzymano odprawy na lotnisku i postawiono w stan alarmu straż pożarną.

Chaos nad Los Angeles trwał ponad półtorej godziny.

.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj