Na szczęście urzędnicy oszczędzili sklepy wolnocłowe. Jednak "wolnocłowej" taniej wódki czy choćby soczku dla dziecka rozpakować na pokładzie samolotu się nie da. Zakupy będą opieczętowane. Urzędnicy i tak byli wspaniałomyślni, bo początkowo chcieli w ogóle zakazać wnoszenia jakichkolwiek cieczy, nawet wilgotnych chusteczek do pupy niemowlaka.
Linie lotnicze podniosły wrzask i Bruksela złagodniała. Będzie tylko ograniczenie wielkości butelek i ich liczby. Pasażerowie odetchnęli.
Bo podróże bez pasty do zębów, butelki mineralnej i zupki dla dziecka - ten chory scenariusz - przechodziliśmy po próbie zamachów terrorystycznych na londyńskich lotniskach w sierpniu.
Wnoszenia na pokłady samolotów wszystkiego, co rzadkie, zakazano, bo terroryści mieli zrobić bomby z mieszaniny chemikaliów wyglądających jak niewinne płyny.
Teraz ograniczenie brzmi lepiej niż zakaz, ale tak czy siak, czeka nas zaostrzenie kontroli na lotniskach. Za udrękę przedłużających się kontroli celnych zapłacimy sami, bo podrożeją
bilety. Ktoś przecież musi zapłacić za nowoczesne systemy bezpieczeństwa. I tym kimś będą pasażerowie. Możemy się pocieszyć, że to wszystko dla naszego dobra.