W Gorzowskim Zespole Szkół Elektrycznych wpadli na pomysł, by w mundurki zamiast uczniów ubrać nauczycieli. "Postanowiliśmy dać przykład uczniom, jak powinni ubierać się do szkoły" – mówi Stanisław Jodko, dyrektor ZSE. "Zaczęliśmy zmiany od siebie" - tłumaczy. Na szczęście panie nie muszą nosić krawatów i do pracy chodzą w żakietach i garsonkach. Swetry czy bluzy poszły w odstawkę, zastąpiły je koszule i marynarki. W zasadzie tylko szkolni wuefiści i katecheci mają spokój.
Reszta pedagogów swoim strojem ma wzbudzać szacunek uczniów. Pomysł podzielił jednak i licealistów, i belfrów, których przepytał DZIENNIK. "Skoro uczeń ma chodzić w mundurku, to nauczyciel też powinien" - mówią jedni. "Strojem nie zdobywa się uznania" – ripostują drudzy. Paweł Kowalski, który w ZSE uczy historii przyznaje, że nauczyciele przyjęli zmiany ze zrozumieniem. "Myślę, że uczniowie odnoszą się teraz do nas z większym respektem" – ocenia.
"Bluzka z dekoltem czy wygnieciona bluza nie pomagają w zdobyciu autorytetu" – przyznaje mu rację Kamila Tryborczyk, germanistka z Poznania. Matematyczka z katowickiego nie zgadza się. "Nie można nas traktować jak urzędników państwowych i nakazywać noszenia uniformów. Sama z chęcią zakładam skórzaną spódniczkę, czy dżinsy i sportowe buty" – mówi 27-letnia nauczycielka. Jej zdaniem najlepszym sposobem zdobycia zaufania i szacunku uczniów jest partnerstwo.
Z gorzowskiego pomysłu śmieją się uczniowie. "Nauczyciele w <garniakach> wyglądają sztucznie i sztywno. Znacznie łatwiej złapać kontakt z belfrem, który jest ubrany jak jego uczniowie" – mówi licealistka z Otwocka. Krawat czy garsonka robią wrażenie tylko na początku. Po kilku lekcjach i tak liczy się to, co nauczyciel ma w głowie, jak traktuje uczniów i czy naprawdę zasługuje na szacunek - twierdzi DZIENNIK.