Dokument przygotował Konwent Dziekanów Korpusu Oficerów na polecenie Ministerstwa Obrony."Kodeks Honorowy jest wyrazem dążenia do tego, by żołnierz polski nawiązywał do nieśmiertelnych wartości: odwagi, honoru, rycerskości wobec słabszych, do tego, co w historii oręża polskiego jest najlepsze" - powiedział wczoraj minister obrony narodowej Radosław Sikorski, odbierając dokument.
Tylko czy w dzisiejszych czasach będzie miał on taką wagę, jak w przedwojennej Polsce kodeks Boziewicza? Niedawno podczas badania zasobów pojęciowych nastolatków ani jeden z tysięcy ankietowanych nie potrafił określić, co oznacza słowo "honor". Większość z tych, którzy w ogóle udzielili jakiejś odpowiedzi, wyjaśniała, że: "honor to jak się bije w mordę, kiedy kto obrazi". Przyjęty wczoraj dokument rodził się w bólach przez kilka miesięcy, powstało jego kilka wersji, a ostateczna jest... pełna ogólników i pustosłowia.
"W sprawach objętych Kodeksem Honorowym żołnierz ma prawo do publicznego prezentowania swojego stanowiska na właściwym zebraniu korpusu zawodowego" - mówi punkt pierwszy rozdziału piątego. Takie lanie wody ma się nijak do Polskiego Kodeksu Honorowego Władysława Boziewicza, który był biblią przedwojennego oficera dżentelmena. "Wtedy wymogi wobec żołnierzy były bardzo surowe" - mówi Jan Sitek, syn kapitana Armii Krajowej, działacz ruchu oporu. Kodeks Boziewicza bardzo wyraźnie wymieniał, kto jest osobą niehonorową. Do takich zaliczał ludzi ukaranych przez sąd za przestępstwo pochodzące z chciwości, mieszkających z obcymi kobietami, łamiących słowo honoru. A także zdrajców, tchórzy, kłamców i oszczerców.
"Długi też nie wchodziły w rachubę" - mówi Sitek. "Z opowieści ojca wiem, że generał Władysław Bortnowski, zanim objął dowództwo nad dywizją w Zamościu, rozkazał żandarmom, aby przynieśli księgi z listami oficerów zadłużonych u żydowskiego bankiera Elbauma. Wojsko spłaciło te długi i potrącało je z pensji żołnierzy" - dodaje.
Znieważony człowiek honorowy miał prawo dochodzić sprawiedliwości. Oficerowie mogli czynnie reagować na zniewagę "każdą bronią lub przedmiotem, znajdującym się pod ręką". Brak reakcji oznaczał dyshonor, a największym była odmowa pojedynku, co groziło wydaleniem z armii przez sąd koleżeński. "Mundur zobowiązywał i oficera wszyscy szanowali, to był ktoś!" - mówi syn przedwojennego kapitana.