p
Robert Kagan*
Koniec mitu amerykańskiej niewinności
Panuje dość powszechna opinia, że nasz kraj zszedł na manowce. Hołdujemy nadmiernemu militaryzmowi, jesteśmy zbyt idealistyczni i zbyt aroganccy, staliśmy się "imperium". Znaczna część świata uważa nas za niebezpiecznych. Wiele osób apeluje, by Stany Zjednoczone powróciły w polityce zagranicznej do swoich tradycji, sądząc, że to rozwiąże problem.
Jakie to tradycje? Jedną z nich jest debata, którą toczymy od zarania naszego państwa, kiedy to Patrick Henry oskarżył zwolenników Konstytucji o dążenie do zamienienia młodej republiki w "wielkie i potężne imperium". Dzisiaj jesteśmy potężniejsi, niż Henry byłby w stanie sobie wyobrazić. Mamy jednak umiarkowany obraz samych siebie - we własnych oczach jesteśmy hegemonem jedynie z konieczności, mocarstwem dążącym do utrzymania status quo, pragnącym wyłącznie uporządkowanej stabilizacji na arenie międzynarodowej. Amerykanie nie chcą wojny. To inni zmuszają nas do wojowania. Jak powiedział ostatnio pewien kandydat w wyborach prezydenckich: "Stany Zjednoczone Ameryki nigdy nie idą na wojnę dlatego, że chcą. Zawsze idziemy na wojnę dlatego, że musimy. Taką zasadę przyjęło nasze państwo".
Ten autoportret wyrażający tęsknotę za utraconą niewinnością jest jednak całkowicie mityczny. Wbrew często spotykanemu w podręcznikach historii wizerunkowi umiarkowanej republiki, Stany Zjednoczone były tworem ekspansjonistycznym od momentu, gdy pierwszy pielgrzym postawił stopę na tym kontynencie i przez cztery następne stulecia nie zaprzestały ekspansji - terytorialnej, handlowej, kulturalnej i geopolitycznej. Stany Zjednoczone nigdy nie były państwem dążącym do utrzymania status quo. Zawsze były państwem rewolucyjnym, a jego udział w sprawach świata i wpływ na nie zataczał coraz szersze kręgi. Chęć angażowania się w sprawy innych nie jest ani zjawiskiem niedawnym, ani wypaczeniem amerykańskiego charakteru narodowego, lecz tkwi w amerykańskim DNA.
Na długo przed powstaniem Stanów Zjednoczonych brytyjscy koloniści pracowicie wypędzali rdzenną ludność z milionów hektarów ziemi i o mało nie doprowadzili do jej całkowitego wyniszczenia. W okresie 1740-1820, a potem jeszcze podczas kolejnej fali w latach 40. XIX wieku Amerykanie bezlitośnie parli na zachód, od Alleghenów po dolinę Ohio i dalej, za Góry Skaliste aż po wybrzeże Pacyfiku, na południe - do Meksyku i na Florydę oraz na północ - w stronę Kanady. Ostatecznie wypchnęli z tego kontynentu nie tylko Indian, ale także wielkie imperia francuskie, hiszpańskie i rosyjskie (jedynie Wielka Brytania zdołała obronić część swoich posiadłości w Ameryce Północnej). Tą często brutalną ekspansją terytorialną kierowali nie obskuranccy jacksoniści, lecz wykształceni zwolennicy ekspansji pochodzący ze Wschodniego Wybrzeża, tacy jak George Washington, Thomas Jefferson i John Quincy Adams.
Byłoby niespotykanym osiągnięciem, gdyby Amerykanie zdobyli te wszystkie terytoria przypadkiem, nie dążąc do tego świadomie. Było to jednak zamierzone przedsięwzięcie. W swojej mowie pożegnalnej Washington przewidywał, że jeśli dane im będzie 20 lat pokoju, Stany Zjednoczone dostatecznie urosną w siłę, aby "przeciwstawić się w słusznej sprawie każdej ziemskiej potędze". Jefferson snuł wizję ogromnego "imperium wolności" rozprzestrzeniającego się na zachód, północ i południe kontynentu. Z upływem lat aspiracje Amerykanów rosły, proporcjonalnie do potęgi i wpływów ich kraju. W latach 50. XIX wieku William Seward przewidywał, że USA będą dominującą w świecie siłą, "największym z istniejących państw, większym od wszystkich, jakie istniały w dziejach". Stulecie później Dean Acheson, świadek tworzenia porządku światowego zdominowanego przez USA, nazwał Stany Zjednoczone "lokomotywą ciągnącą ludzkość", a resztę świata "wagonem służbowym". Bardziej współcześnie Bill Clinton określił Stany Zjednoczone mianem "państwa, bez którego świat nie może się obejść".
Od samego początku inni postrzegali Amerykanów nie jako obrońców stabilnego ładu, lecz jako konsekwentnych burzycieli status quo. Jak mawiali starożytni Koryntianie o Ateńczykach: "Nie umieli sami wieść spokojnego żywota ani pozwolić na to innym". Francuscy dyplomaci mówili o XIX-wiecznych Amerykanach, że są "rojnymi, wojowniczymi wrogami, których należy się obawiać". Stany Zjednoczone były niebezpieczne nie tylko ze względu na swój ekspansjonizm, ale także dlatego, że ich liberalny republikanizm zagrażał konserwatywnemu porządkowi obowiązującemu w tej epoce. Książę Metternich słusznie obawiał się, że "moralna siła" konserwatywnych monarchii europejskich zniknie, kiedy "ta nawała szatańskich doktryn" połączy się z potęgą wojskową, gospodarczą i polityczną, po które niepowstrzymanie sięgali Amerykanie.
Metternich rozumiał to, czego inni mieli dowiedzieć się dopiero później: Stany Zjednoczone były państwem o niemal bezgranicznej ambicji i bardzo silnym poczuciu honoru narodowego, za który gotowe były pójść na wojnę. Przejawiały tę zapalczywość, czy nawet gwałtowność w obronie swej ojczyzny i przekonań, którą starożytni Grecy nazywali "thymos". Był to naród wyjątkowo niecierpliwy, często niezadowolony z obecnego stanu rzeczy, prawie zawsze przekonany, że korzystne zmiany są możliwe, i to za jego sprawą. Był to również naród o silnej tradycji wojennej. Amerykanie w XVIII i XIX wieku miłowali pokój, ale wierzyli również w potencjalnie ozdrowieńcze skutki wojny. Oliver Wendell Holmes, sławny jurysta, który walczył - i był trzykrotnie ranny - w wojnie secesyjnej, zauważył: "Wojna, póki trwa, jest straszna i uciążliwa. Dopiero kiedy minie, widać, że jej przesłanie pochodziło od Boga".
Dzisiejsi Amerykanie już nie używają takiej retoryki, ale nie jest bynajmniej oczywiste, że nasz stosunek do wojny radykalnie się zmienił. Nasza tradycja wojenna okazała się wyjątkowo trwała, zwłaszcza w porównaniu do innych demokracji w epoce po II wojnie światowej. W latach 1989-2003, czyli w okresie obejmującym trzy bardzo różne prezydentury, Stany Zjednoczone przenosiły wielkie oddziały wojsk lub angażowały się w długie kampanie nalotów bombowych i ostrzałów rakietowych aż dziewięć razy: w Panamie (1989), Somalii (1992), Haiti (1994), Bośni (1995-1996), Kosowie (1999), Afganistanie (2001) i Iraku (1991, 1998 i 2003). Daje to średnio jedną znaczącą interwencję militarną na 19 miesięcy - największa częstotliwość w całych dziejach USA. Amerykanie jako niemal jedyni na świecie wierzą w użyteczność, a nawet niezbędność wojny jako metody przywracania sprawiedliwości. Sondaże zamawiane przez German Marshall Fund konsekwentnie pokazują, że 80 proc. Amerykanów zgadza się z tezą, iż "w pewnych warunkach wojna jest konieczna dla osiągnięcia sprawiedliwości". We Francji, Niemczech, Włoszech i Hiszpanii pod takim poglądem podpisuje się mniej niż jedna trzecia ludności.
Czy można pogodzić nasz ulubiony autoportret z tą rzeczywistością historyczną? Raczej nie. Zawsze czuliśmy się mało komfortowo z naszą potęgą, ambicją, gotowością do użycia siły dla osiągnięcia naszych celów. Wątpliwości te rzadko powstrzymują nas przed dążeniem do realizacji naszych celów, tak samo jak nieufny stosunek do bogactwa rzadko powstrzymuje nas przed próbami jego gromadzenia. Ale na skutek tych wątpliwości nie chcemy postrzegać siebie samych tak, jak postrzegają nas inni. Zamiast tego budujemy uspokajające sumienie mity o przeszłości bądź tworzymy wyidealizowane projekty polityki zagranicznej, które służą za mierniki naszych obecnych zachowań. Mamy nadzieję, że uda nam się powrócić do polityki rodem z tej wyimaginowanej przeszłości albo zbliżyć się do jakiegoś ideału, aby odzyskać niewinność. To łatwiejsze niż spojrzeć w oczy brutalnej prawdzie: ekspansjonizm, skłonność do ingerowania w sprawy innych oraz dążenie do hegemonii politycznej, gospodarczej i strategicznej to nie są wypaczenia naszego charakteru narodowego. Nasz charakter narodowy jest ufundowany na tych cechach.
Dlaczego tacy jesteśmy? Pod wieloma względami podzielamy cechy wspólne wszystkim narodom w dziejach. Podobnie jak inni, Amerykanie dążą do zwiększenia swojej potęgi, ponieważ chcą być bogaci, suwerenni i bezpieczni, jak również dla osiągnięcia mniej wymiernych celów. Wraz z amerykańską potęgą rosły też ambicje Amerykanów, zarówno te szlachetne, jak i te egoistyczne. Rosnąca potęga zmienia państwa i ludzi. Zmienia ich postrzeganie świata oraz ich własnego miejsca w tym świecie. Wzmacnia w nich przekonanie, że pewne rzeczy im się należą, zmniejsza natomiast tolerancję wobec przeszkód na drodze do zdobycia tych rzeczy. Władza podsyca także ambicję. Amerykanie na początku XIX wieku zakupili niewyobrażalnie wielkie terytorium Luizjany, podwajając w ten sposób powierzchnię swego młodego państwa i choć zasiedlenie tych obszarów miało zająć dziesięciolecia, nie poprzestali na tym, lecz natychmiast zaczęli szukać kolejnych terytoriów do zdobycia. Pewien zagraniczny dyplomata stwierdził: "Mam wrażenie, że odkąd Amerykanie nabyli Luizjanę, nie potrafią znieść wokół siebie żadnych barier".
Ale oprócz wspólnej wszystkim ludziom skłonności do zwiększania swojej władzy i wpływu na otoczenie, w swoim ekspansjonistycznym pędzie Amerykanie kierowali się czymś jeszcze: rewolucyjną ideologią liberalizmu, którą od samego początku uznali za swoją. Przypuszczalnie to właśnie liberalizm, bardziej niż jakikolwiek inny czynnik, spowodował, że Stany Zjednoczone zawsze były państwem tak energicznym, ekspansywnym i ingerującym w cudze sprawy.
Liberalizm nakręcał ogromną ekspansję terytorialną i handlową w XVIII i XIX wieku, dzięki której USA stały się dominującą siłą najpierw w Ameryce Północnej, a potem na całym świecie. Nakręcał w ten sposób, iż wyniósł prawa jednostki ponad prawa państwa - zadeklarował, że wszyscy ludzie mają prawo do życia, wolności, gromadzenia majątku i dążenia do szczęścia, oraz że podstawowym zadaniem państwa jest ochrona tych praw. Amerykańscy przywódcy polityczni nie mieli większego wyboru, jak tylko tolerować, a czasem aktywnie wspierać terytorialne i handlowe aspiracje swoich obywateli, nawet jeżeli wiązały się one z zaborem obcych ziem. Inne XVIII- i XIX-wieczne państwa, rządzone przez monarchów absolutnych, zezwalały na ekspansję terytorialną, jeśli służyło to osobistym lub dynastycznym interesom monarchii - w innym przypadku blokowały ekspansję, tak jak uczynił to Napoleon w Nowym Świecie. Kiedy król Anglii podjął próbę poskromienia ekspansjonizmu terytorialnego i handlowego swoich angloamerykańskich poddanych, zbuntowali się i ustanowili państwo, które już nie ograniczało ich ambicji.
Liberalizm nie tylko napędzał ekspansję terytorialną i handlową, ale dostarczał również jej całościowego uzasadnienia ideologicznego. Rozszerzając się terytorialnie, handlowo, politycznie i kulturowo, Stany Zjednoczone uznawały, że niosą nowoczesną cywilizację i "błogosławieństwa wolności" wszystkim narodom, które spotkały na swojej drodze.
Amerykanie od początku oceniali świat wyłącznie przez pryzmat założeń liberalizmu. Najważniejszym z tych założeń było przekonanie o "oczywistym" uniwersalizmie pewnych "podstawowych prawd", jak to nazwała Deklaracja Niepodległości - nie tylko tego, że wszyscy ludzie są równi a Bóg nadał im pewne niezbywalne prawa, ale również tego, że prawomocne i sprawiedliwe są tylko te rządy, które opierają swoją władzę na "przyzwoleniu rządzących". Z upływem stuleci Amerykanie zaakceptowali istnienie różnic kulturowych, które sprawiają, że inne narody rządzą się inaczej, nigdy natomiast nie zaakceptowali prawomocności despotycznych reżimów, choćby były silnie zakorzenione w danej kulturze. W rezultacie traktują je jako przejściowe i rozglądając się po świecie, zawsze widzą, że zmiany są możliwe i pożądane.
Jednym z fundamentów liberalizmu jest pojęcie postępu. Bardziej niż jakikolwiek inny naród Amerykanie patrzą na historię przez pryzmat postępu, oceniając inne państwa pod kątem ich położenia na jego osi. Theodore Roosevelt uważał, że Rosjanie "są za Niemcami, a Niemcy są za nami [...] ale wszyscy idziemy tą samą drogą, niektórzy szybciej, niektórzy wolniej". Język Roosevelta może się wydawać przestarzały, ale jego spojrzenie nie różni się zasadniczo od dzisiejszego. Mogą istnieć spory co do szybkości postępu, jednak prawie wszyscy Amerykanie uważają, że jest on zarazem nieuchronny i pożądany. Generalnie jesteśmy zgodni, że istnieje potrzeba pomagania innym państwom w rozwoju politycznym i gospodarczym. Ale w rozwoju ku czemu, jeśli nie ku ideałowi liberalno-demokratycznemu, który określa naszą państwowość? "Wielka batalia naszej epoki - przekonywał Madison w latach 20. XIX wieku - rozgrywa się między wolnością i despotyzmem". Ponieważ prawa człowieka zostały napisane "boską ręką", jak to ujął Hamilton, wynik tej batalii był z góry przesądzony.
To przekonanie już tylko krok dzieli od poglądu, że interesy Stanów Zjednoczonych są w gruncie rzeczy tożsame z interesami reszty świata. "Cele Ameryki są w dużej mierze celami całej ludzkości", dowodził Thomas Paine podczas rewolucji amerykańskiej. Herman Melville miał później napisać, że amerykański "narodowy egoizm jest bezgraniczną filantropią, bo czyniąc coś dobrego dla Ameryki, pomagamy też światu". Od tego z kolei poglądu pozostawał już tylko mały krok do wiary w to, że Stany Zjednoczone mają do odegrania szczególną, a nawet wyjątkową rolę, służąc jako katalizator ewolucji ludzkości. "Prawa, których domagali się dla siebie nasi ojcowie - oznajmiał Seward - były prawami wspólnymi dla całej ludzkości". Dlatego Stany Zjednoczone miały obowiązek "uzdrowić kondycję ludzkości" i stanąć na czele dzieła "powszechnego przywrócenia władzy rządzonym" na całym świecie. Kilkadziesiąt lat później John Quincy Adams odnotował z dumą, że ze Stanów Zjednoczonych emanują idee, które sprawiają, że "tron każdego europejskiego monarchy chwieje się pod nim jak podczas trzęsienia ziemi".
Pewien rosyjski minister, przerażony tym "apelem do narodów Europy, aby powstały przeciwko swym rządom", zwrócił uwagę na hipokryzję Adamsa: "A co z waszymi dwoma milionami murzyńskich niewolników?" Trudno o trafniejszy komentarz. Te same Stany Zjednoczone, które nawoływały do globalnej rewolucji pod sztandarami wolności, przez pierwsze 80 lat swego istnienia były również największym obrońcą rasowego despotyzmu na świecie. Niewolnicze Południe było brutalną tyranią, niemal totalitarną w swoich dążeniach do kontrolowania słów i zachowań nie tylko Murzynów, ale i białych.
Krwawe zniesienie niewolnictwa w Stanach Zjednoczonych było momentem definiującym politykę zagraniczną tego kraju: umocniło amerykańską skłonność do uprawiania liberalnego moralizatorstwa w stosunkach międzynarodowych. Walka Północy z niewolnictwem, która doprowadziła do wojny secesyjnej, była pierwszą amerykańską krucjatą moralną. Pokonanie właścicieli niewolników z Południa było pierwszym ideologicznym podbojem w wykonaniu Ameryki. Potem nastąpiła pierwsza próba okupacji i budowy demokratycznego państwa (z podobnie niejednoznacznymi rezultatami jak później w Iraku). Efektem wojny secesyjnej stało się umocnienie wiary Ameryki w uniwersalizm praw człowieka i uznanie Deklaracji Niepodległości - a nie Konstytucji przez domniemanie akceptującej niewolnictwo - za dokument określający amerykańską państwowość. Wojna secesyjna zaszczepiła w umyśle Amerykanów, przynajmniej tych z Północy, ideę wojny sprawiedliwej - walki o moralne cele, które można osiągnąć tylko na drodze militarnej.
Takie myślenie doprowadziło do wojny hiszpańsko-amerykańskiej w 1898 roku. Była to jedna z najbardziej popieranych przez naród wojen w dziejach Ameryki. Chociaż z większości dzisiejszych podręczników historii nie można się tego dowiedzieć, u podłoża tej wojny legły przede wszystkim kwestie humanitarne. Konflikty wewnętrzne na Kubie i brutalna polityka rządu hiszpańskiego - zwłaszcza spędzanie ludności cywilnej do obozów "rekoncentracyjnych" - doprowadziły do śmierci 300 tys. osób, czyli jednej piątej ludności. Wielu dowodziło, że Stany Zjednoczone są zobowiązane bronić naród kubański przed hiszpańską opresją, ponieważ mają takie możliwości. Jeśli Stany Zjednoczone "stoją po stronie człowieczeństwa i cywilizacji, to powinniśmy uruchomić wszystkie możliwości naszego wielkiego kraju, aby zatrzymać szalejącą na Kubie wojnę i przywrócić tej wyspie pokój, wolność i niepodległość". Interwencja USA położyła kres cierpieniu i uratowała tysiące istnień ludzkich. Kiedy John Hay nazwał ją "pełną chwały małą wojną", to nie ze względu na miażdżące zwycięstwo militarne - Hay nie był militarystą. Chwalebność tej wojny wynikała z jej szczytnych celów, które zostały osiągnięte.
To prawda, że Stany Zjednoczone miały również mniej altruistyczne powody do interwencji: interesy handlowe na Kubie oraz pragnienie usunięcia Hiszpanii z półkuli zachodniej i uzyskanie dominacji w regionie. Ponadto wojna pociągnęła za sobą pewne niezamierzone konsekwencje, które rozczarowały jej idealistycznych zwolenników. Doprowadziła do aneksji Filipin i okupacji Kuby, której skutki do tej pory ciągną się za Amerykanami. Wreszcie na nowo roznieciła debatę o kierunku amerykańskiej polityki zagranicznej - debatę podobną do tej, która pochłania nas dzisiaj.
Wykorzystywanie amerykańskiej potęgi do forsowania liberalnych celów także dzisiaj spotyka się z krytyką wewnątrz Stanów Zjednoczonych. Krytycy przestrzegają przed arogancją, pychą, nadmiernym idealizmem i "imperializmem". W XVIII i XIX wieku konserwatyści spod znaku republikańskiej tradycji Patricka Henry'ego martwili się o możliwe reperkusje ekspansywnej polityki zagranicznej w polityce wewnętrznej. Trafnie przewidywali, że rozbudowana polityka zagraniczna generalnie oznacza rozbudowane państwo federalne, w ich oczach ograniczające prawa i swobody jednostek. Konserwatyści z niewolniczego Południa w XIX wieku byli wielkimi realistami. Sprzeciwiali się moralizmowi, słusznie przewidując, że zostanie on skierowany przeciwko instytucji niewolnictwa. Jefferson Davis powiedział: "Nie bawimy się w donkiszoterię walki o prawa człowieka. My bronimy praw odziedziczonych. [...] Jesteśmy konserwatystami".
Jednak za triumfem progresywizmu i koncepcji rozbudowanego państwa poszedł triumf liberalnej postawy wobec świata poza naszymi granicami. Henry nie zdołał pokonać Konstytucji. Realizm Południa przegrał z idealizmem Północy. Krytykom liberalnej polityki zagranicznej - konserwatywnym, realistycznym czy lewicowym - rzadko udawało się skierować Stany Zjednoczone na inny kurs.
Wynikły z tego osiągnięcia o wielkim znaczeniu historycznym - pokonanie niemieckiego nazizmu, japońskiego imperializmu i sowieckiego komunizmu - ale również wielkie porażki i rozczarowania. Nie można jednak powiedzieć, że za sukcesy odpowiada dobra Ameryka, a za klęski zła Ameryka: jedne i drugie były dziełem tej samej Ameryki. Zarówno osiągnięcia, jak i rozczarowania brały się z tych cech naszego charakteru narodowego, z którymi nie zawsze czujemy się komfortowo: chęci gromadzenia i wykorzystywania władzy; ambicji i honoru; energii, z jaką bronimy tak naszych interesów, jak i naszych zasad; niezadowolenia ze status quo; wreszcie wiary w możliwość zmian. I niezależnie od tego, czy odnosiliśmy sukcesy, czy przegrywaliśmy, zawsze byliśmy narodem pod wieloma względami "niebezpiecznym" - dla tyranów, dla tych, którzy nie chcą naszej konkretnej odmiany liberalizmu, dla tych, którzy boją się naszej wojowniczości i naszego thymos i wreszcie dla tych - łącznie z samymi Amerykanami - którzy woleliby, żeby głównym filarem porządku międzynarodowego nie były dominujące, a często nawet nadmiernie panoszące się Stany Zjednoczone.
Warto dyskutować o tym, czy inny system międzynarodowy albo inna Ameryka byłyby lepsze, ale lepiej prowadzić tę debatę o przyszłości, pozbywając się najpierw złudzeń na temat przeszłości.
Robert Kagan
przeł. Tomasz Bieroń
p
*Robert Kagan, ur. 1958, neokonserwatysta, ekspert w Carnegie Endowment for International Peace oraz w German Marshall Fund. Autor m.in. bestselleru "Potęga i raj. Ameryka i Europa w nowym porządku świata" (wyd. pol. 2003). W czasie prezydentury Ronalda Reagana pracował w Departamencie Stanu. Publikuje w "The New Republic", "Washington Post" i "Weekly Standard". Mieszka w Brukseli. W "Europie" nr 29 z 19 lipca br. zamieściliśmy jego tekst "Nie jestem straussistą".