Tymczasem rzecznik Poczty Polskiej w rozmowie z dziennikiem.pl optymistycznie powtarza swoje - strajk skończy się jeszcze w tym tygodniu.
Tylko że listonosze twierdzą, że w całym kraju aż dziewięciu na dziesięciu z nich nie pracuje dziś normalnie. Protestują w Warszawie, Częstochowie, Poznaniu, Wrocławiu i Gdańsku. W Bydgoszczy klienci całują klamkę w co najmniej dziesięciu urzędach. W Opolu trudno znaleźć listonosza, który wyruszył roznosić listy. I to nie koniec. Doręczyciele grożą, że jeśli nie będzie porozumienia, w całym kraju zaczną strajk generalny. Wtedy o listach, paczkach i przekazach będzie można zapomnieć.
Ale szefostwo Poczty Polskiej mówi coś innego. "Na pewno nie strajkuje 90 proc. listonoszy" - uspokaja Radosław Kazimierski, rzecznik Poczty. Według niego, to, że listonosze protestują, czyli wieszają na pocztach transparenty, nie oznacza, że nie roznoszą listów. Dlatego - według niego - nie trzeba się obawiać, że ktoś nie dostanie oczekiwanej przesyłki, emerytury lub renty.
Wkrótce o proteście pocztowców nikt nie będzie pamiętał - lekceważy całą sprawę Kazimierski. Czy rzeczywiście tak będzie? Zobaczymy. Od rana listonosze rozmawiają z szefostwem Poczty Polskiej.
A idzie o pieniądze. Listonosze zaczęli głośno domagać się podwyżki i poprawy warunków pracy. Skarżyli się, że ich torby ważą często po 20, a nawet 30 kilogramów. Mówili, że jak ich pensje nie podskoczą o co najmniej 500 złotych, przestaną roznosić listy.